„Tusku, musisz”. „Tusku, zrób to!”. Dla kolegów z podwórka…

Jakiś czas temu „Gazeta Wyborcza” zainicjowała modę na swoiste apelatywy w tytułach artykułów, apelatywy skierowane do premiera. „GW” jest gazetą wierną sobie i w co drugim numerze taki apelatyw odnajdziemy. Za „GW” poszli inni: „Tusku, nie musisz, ale zaufaj Polakom” (T. Lis, „Wprost” 2011 nr 5), „Tusku, jak możesz?” (Przemysław Prekiel w „Przeglądzie Socjalistycznym”), „Tusku, nie daj się nabrać!” (Ben Franklin na portalu „iThink”), „Tusku! Musisz ocalić MUCHĘ przed KLĄTWĄ PZPN”…
(http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/premierze-tusku-musisz-ocalic-muche-przed-klatwa-wielu-ministrow-sportu-ktorzy-chcieli-zrobic-porzad_215833.html) i tp. …

Tak naprawdę nie wiem, czy kliszę te wymyśliła „Wyborcza”, czy wymyślił ją T. Lis lub Żakowski, i nie ma to większego znaczenia. Powiela ją notorycznie – niebezkrytycznie, z pewną wyraźną intencją – właśnie „Gazeta”, a Tomasz Lis jest, w uproszczeniu, jak „Wyborcza”. I jak Kuba Wojewódzki.

Kiedy chodziłem do szkoły, mieliśmy kumpla, nie pamiętam jak się nazywał, ale mówiliśmy do niego „Bodziu”. Na innego kumpla, który nazywał się Przewalski, wołaliśmy” „Koniu”, co było poniekąd uzasadnione i dobrze świadczyło o naszym wykształceniu. Jak wszyscy chłopcy w tamtych czasach i jak premier Tusk, rozgrywaliśmy mecze piłkarskie: „Bodziu, podaj, no podaj, Bodziu!” Ci, którzy cenili sobie większą ekspresję wypowiedzi, darli się: „Koniu, jebnij Bodzia w kostkę! No, jebnij go wreszcie!” Co nie przeszkadzało nam po meczu prosić Bodzia” „Daj fajkę, Bodziu!” Ojciec Bodzia był masarzem, Bodziu zawsze jakieś dobre fajki chował w kieszeni, czyli miał się czym wkupić do grupy, dlatego lekceważąc Bodzia, w jakiś sposób aprobowaliśmy go. Kiedy po lekcjach szliśmy do jakiejś piwnicy w domu któregoś z kumpli, Bodziu nieraz był fundatorem jednej czy drugiej flaszki wina marki „Wino”.

Z „Koniem” to inna historia. Koniu nigdy nie dał sobie w kaszę dmuchać, łapska miał jak kopyta i formie wołacza „Koniu” wyrażał się raczej nasz podziw, a nawet pochlebstwo, co Koniu przyjmował z naturalną skromnością. Dlatego to Koniu właśnie wykonywał wszystkie rzuty karne i kapitanował nieformalnie w zasadzie zawsze obu drużynom.

Z „Gazeta Wyborczą” to jeszcze inna historia. Kiedy po starcie, ponad 20 lat temu, okrzepła, kiedy wyglądem przestała przypominać siermiężną gazetkę strajkową i stała się opasłą gazetą z „tysiącem” dodatków w środku, ale już bez znaczka „Solidarności” na pierwszej stronie, zapoczątkowała – tego nie można jej z całą pewnością odmówić – całą rewolucję na polskim, osadzonym jeszcze głęboko w komunistycznym stylu, polskim rynku prasowym. Wpłynęła na zmiany w sposobach redagowania gazet codziennych w bardzo wielu szczegółach, co w tym miejscu muszę pominąć.

Jednym z aspektów tej totalnej po zmianie ustroju rewolucji prasowej była zapoczątkowana przez dziennikarzy „GW” rewolucja w formie tytułów prasowych, które stawały się grepsami, w których wykorzystywano m. in. takie figury stylistyczne jak paradoks, metonimia, przemilczenie lub korzystano z poetyki persyflażu. Ba, zaczęły powstawać dziesiątki prac magisterskich i doktorskich z językoznawstwa „stylowi językowemu” „Wyborczej” poświęconych, a manierę (nadużywaną, powiedzmy sobie) zaczęły małpować inne gazety codzienne. Rzecz jasna, chodziło w tym o coś więcej, niż tylko dziennikarskiej popisy. Tytuł musiał w jakiś sposób nawiązywać do linii ideowej pisma, pewnego sposobu myślenia o Polsce i świecie, był jednym ze sposobów na poszerzanie kręgu wtajemniczonych i wyznawców.

Dzisiaj to już melodia odległej przeszłości. W poetyce tytułów i innych zabiegach „Wyborcza” zdaje się powielać samą siebie, dawno już jakby inwencji, nie tylko językowej, zbrakło. Gazeta ta, która w swoim prasowym ekspansjonizmie chciała swoim ”patronatem” objąć niemalże wszystkie dziedziny życia w Polsce, wytyczać „jedynie słuszną linię” i „jedynie słuszny sposób myślenia”, jest wyraźnie na etapie pożerania własnego ogona. Efektowne niegdyś dodatki skarlały (por. degrengolada „Telewizyjnej” w ostatnich miesiącach), może jeszcze „Wysokie Obcasy” poziom jakiś trzymają. Krąg wyznawców zmniejsza się od lat z miesiąca na miesiąc, trzeba więc szukać nowych efektownych tricków, by zwrócić uwagę czytelników.
Na tytuły w rodzaju „Musisz, Tusku” czy „Tusku, więcej liberalizmu” („GW” z 22-23 X 2011) trzeba spojrzeć m.in. w zarysowanym kontekście.

Jak je interpretować? W pewnym stopniu mamy tu powtórkę ze szkolnego podwórka. W formie tej odkrywamy m. in. te same znaczenia, co w boiskowym pokrzykiwaniu z czasów mojej wczesnej młodości. „Tusku, zrób to” jest jak „Bodziu, podaj” lub „Koniu, jebnij go w kostkę!”. Użycie tej kliszy i jej (co ważne) powielanie jest przekazem, który w świadomości odbiorcy ma ugruntować przekonanie, że „Tusk jest nasz”, Tusk jest kolesiem z naszej paczki, drużyny. „My” też w jakimś stopniu jesteśmy powiązani z Tuskiem, ale bardziej jednak chodzi o przekaz „Tusk jest nasz”. Nie jest to kolesiostwo bezwarunkowe, nie jest to układ trwały, dany raz na zawsze. Jeśli, „Tusku”, nie zrobisz tego, tego a tego, jeśli, „Tusku” nie zachowasz się w określonej sytuacji tak a tak, to…

Czyli, ta pozornie koleżeńska, przyjacielska forma wołacza, owa klisza …kolokwialno-kolesiowsko-familiarna, zawiera w sobie także pewien element szantażu. Jesteś, „Tusku”, z naszej paczki, z naszej ulicy, z naszego boiska, z naszego pubu, i o ile, „Tusku”, chcesz pozostać „swoim” (= „naszym”), musisz się do naszych norm i sposobu myślenia stosować.

Mamy tu więc do czynienia ze swoistym klimatem językowego „nepotyzmu”. Czy tylko językowego i czy tylko „nepotyzmu”? „Zrób to, Tusku”, „Tusku, musisz” …mieć na względzie nasz interes. Tak jak „Bodziu”, musisz poczęstować fajką, tak jak „Koniu”, musisz jebnąć kogoś w kostkę (najlepsze kostki mają w tym kontekście ‘kaczyńskopodobni”, by splagiować określenie pewnego polityka), jeśli nie chcesz stać się obcym, jeśli mamy cię wspierać.
„It's the economy, stupid” – to stare hasło z kampanii wyborczej Clintona stało się zaczynem innej, nadużywanej ostatnio w tytułach w „Wyborczej” kliszy. „Kultura, głupcze”. „Prawa rodzących kobiet, głupcze”. „Biust, głupcze”, „Internet, głupcze”, „Higiena stóp, głupcze”…

Pomińmy fakt, że klisza ta to serek to częściowo nieświeży. Czym tłumaczyć upodobanie publicystów i publicystek „GW” do tej właśnie kliszy? Właściwie, jej znaczenie „nanosi się” na semantykę klisz w rodzaju „Tusku, musisz”. Epitet „głupcze” to w jakiejś mierze klaps wymierzony tym, którzy zawiadują jakąś dziedziną życia (np. kulturą, budową autostrad) i – zdaniem – „Gazety” nie robią tego tak jak należy, ale bardziej jeszcze sugestia, że otóż, „My, Gazeta” wiemy wszystko najlepiej, tylko „my” znamy właściwe rozwiązania takiego czy innego problemu. Nic nie szkodzi, że najczęściej dotyczy to spraw najbardziej oczywistych. Tym gorzej dla „głupca”. Dokładniej mówiąc, kliszą tą sugeruje się, że „GW” jest krynicą wiedzy i z niej wyłącznie czerpać należy, by doznać iluminacji. Pal licho, że jest to klisza obraźliwa dla polityków. Bardziej obraża ona czytelników tej gazety i potencjalnych wyznawców lansowanej przez nią linii.

Łatwo zauważyć, że w przypadku obu klisz mamy do czynienia z rodzajem myślenia magicznego.
Z tego wszystkiego można by się pośmiać, ale mnie akurat nie do śmiechu.

Pytanie najważniejsze brzmi albowiem: na ile współczesna gazeta, gazeta opiniotwórcza, wpływowa, gazeta rzekomo z ambicjami (dotyczącymi co najmniej „rządu dusz”), może się sprzeniewierzyć podstawowym zasadom dziennikarskiego obiektywizmu.

Jest to pytanie retoryczne, bo wypadku największych polskich gazet opiniotwórczych wszelkie granice zostały już przekroczone i może jedynie …springerowski „Dziennik. Gazeta Prawna” stara się trzymać etyczny fason (młodym przypominam, że w czasach Gomułki Springer był uosobieniem germańskiego diabła, niemieckiego rewizjonizmu i największym zagrożeniem dla Polski.

Odstępstwa „Gazety Wyborczej” od zasady obiektywizmu wydają się być szczególnie spektakularne. Pal licho, że niemal każda gazeta „sympatyzuje” dzisiaj z jakąś partią (jest jej tubą), że lansuje takie a nie inne poglądy i sympatie ideologiczne. Wydawać by się jednak mogło, że są dziedziny życia pozapartyjne, pozaideologiczne, gdzie obiektywizm narzuca się sam przez się. Nic bardziej mylnego, odwołam się do przykładu mnie najbardziej obchodzącego.

W swoich ekspansjonistycznych ambicjach „GW” szczególnie żywo i bezceremonialnie zajmowała się przez lata dziedziną oświaty i edukacji, próbując do pewnego stopnia zastępować MEN – na funkcji gazetowych oświatowych wyroczni od oświaty wyrosły takie tuzy publicystyki jak red. Pacewicz. I otóż okazało się, że „GW” – piejąc z zachwytu nad „fantastycznymi” wynikami polskich gimnazjalistów na testach końcowych w zestawieniu z innymi krajami – nie potrafiła obiektywnie ocenić poziomu i badań, i testów i przełożyć tego na polskie gimnazjalne realia. W ostatnich czterech latach sukcesywnie nasilała się w kręgach nauczycielskich i w społeczeństwie niechęć (delikatnie mówiąc) do demontujących i niszczących polską oświatę działań minister K. Hall, a „Gazeta Wyborcza” nie dopuszczała słowa krytyki pod adresem pani minister i jej reform.

Inny przykład rażącego odstępstwa od zasady obiektywizmu: kiedy niejaki Kuba Wojewódzki wsławił się rasistowskimi „dowcipami” na falach Eski, „GW” poświęciła całą drugą kolumnę (i trzech redaktorów) na obronę Kuby W. A przecież przez lata „GW” lansowała się jako zaciekły wróg rasizmu, nacjonalizmu, jako jedyny w Polsce liczący się rzecznik wszelkiej maści tolerancji. No cóż, tolerancja rasowa i owszem, „My, Gazeta” deklarujemy się jako rzecznicy „kolorowej”, potępiamy rasistowskie ekscesy kiboli, ale gdy Kuba zachowuje się jak kibol, dorabiamy do jego „dowcipów” intelektualny sztafaż i bronimy go do ostatniej kropli krwi. Bo Kuba jest „nasz”, Kuba to kumpel z naszego podwórka.

Dlatego specjalnie nie zdziwiły mnie wylewne podziękowania red. A. Michnika dla … Tomasza Lisa i Kuby Wojewódzkiego (cóż za dobrana para!) na pierwszej kolumnie „Gazety” po wyborczym sukcesie PO. Bez nas, „Wyborczej”, i bez naszych kumpli – Wojewódzkiego i Lisa – PO niechybnie poniosłaby sromotną porażkę.
Dlatego i z tych powodów możemy, „My, Wyborcza”, szturchać „Tuska”. M u s i s z T u s k u!

Kiedy uwzględni się tego typu konteksty, obie cytowane klisze brzmią złowróżbną semantyką i dlatego nie jest mi do śmiechu.

Póki co, premier zdaje się być człowiekiem nad wyraz odpornym. I to chyba jego największa zaleta.

A etyczna strona działalności „Gazety Wyborczej”? Mogłaby się stać przedmiotem analiz nie w jednym, ale w serii felietonów prof. Magdaleny Środy w tejże gazecie.

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „„Tusku, musisz”. „Tusku, zrób to!”. Dla kolegów z podwórka…

  1. 16Siko15rek pisze:

    Wszystko to prawda.Faktów dowodzących postępującej z biegiem lat, biegiem dni hipokryzji "GW" można by przytoczyć mnóstwo. Ja Panią Profesor M. Środę poważam i cenię, ale… To był żart, oczywiście. Niektórzy filozofowie w kontakcie z "Gazetą" dostają (niestety) przyciemnienia umysłu. Np. prof. Hartman. To się chyba nazywa "pomroczność półjasna". Pozdrawiam serdecznie.PS. Właściwie nic nowego, nawiązują do tych "niesokratejskich" sofistów…

    Polubienie

  2. anonymous pisze:

    Krzysztof Laskowski writes:Panie Profesorze,Zgadzam się z krytyką nieeleganckich chwytów retorycznych dziennikarzy "GW". Kiedyś ich starałem się ich nie dostrzegać, ale kiedy 4 lata temu przeczytałem zamilczaną książkę Stanisława Remuszki, byłego redaktora "GW", o mało chwalebnych początkach gazety, inaczej na to patrzę. Z jednej strony państwo redaktorzy w niektórych momentach drapują się w szaty mędrców i z tej pozycji pouczają czytelników, a z drugiej bywa, że bezceremonialnie łomoczą przeciwników politycznych, wyznawców kaczyzmu, lustracji, promotorów tzw. mowy nienawiści czy jakiegokolwiek innego obmierzłego dla "GW" zjawiska, kastetem po głowie albo wydają rozkazy tym, których uznają za swojaków ("Tusku, musisz!"). Zdarza im się więc nie różnić od bezczelnego "Faktu". Dla zachowania pozorów obiektywizmu przykrywają brutalność grubą warstwą pomady i pudru.Jeśli chodzi o panią minister Hall, to przypuszczam, że owinięcie jej kokonem wynika z dwóch rzeczy – odchorowania traumy po rządach znienawidzonych panów ministrów mecenasa Gierycha i profesora Legutki oraz chęci rozpaczliwej obrony osoby wywodzącej się ze środowiska dawnej UD/UW. Dlatego krytycy pani minister, skądkolwiek się wywodzili, od razu popadali w oczach redaktorów "GW" w sprośne błędy i de facto przyłączali się do czarnej sotni pisowskiej.Nie podzielam, proszę wybaczyć, optymizmu Pana Profesora co do tego, że pani profesor Środa przeanalizuje etyczny aspekt nieeleganckich zagrywek redaktorów "GW". Myślę, że pani profesor akceptuje zadawanie przez "GW" ciosów poniżej pasa, a i sama się przed tym nie cofa. Przypomnę wysoce dla mnie niesmaczną obronę lekarza, który bez konsultacji z kimkolwiek wysterylizował pogrążoną w narkozie matkę kilkorga dzieci, a tłumaczył się tym, że kobieta jest biedna, nieco upośledzona umysłowo i słabo radzi sobie z wychowywaniem dzieci już urodzonych oraz urodzenie kolejnych pogorszy jej sytuację. Przypuszczam, że gdyby pani profesor napisała tekst krytyczny wobec "Tusku, musisz!", on by się w GW" chyba nie ukazał, a ona podzieliłaby los pana redaktora Graczyka, wyrzuconego z "GW" za podważenie dogmatu o niszczycielskim wpływie lustracji na życie publiczne.Serdeczne pozdrowienia

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s