Tęsknota za poezją


Jeszcze z Rilkego (dedykuję… no właśnie! komu?):

Zgaś moje oczy: ja cię widzieć mogę,
zamknij me uszy, a ja cię usłyszę,
nawet bez nóg znajdę do ciebie drogę,
i bez ust nawet zaklnę cię najciszej.
Ramiona odrąb mi, ja cie obejmę
sercem mym, które będzie mym ramieniem,
serce zatrzymaj, będzie tętnił mózg,
a jeśli w mózg mój rzucisz swe płomienie,
ja ciebie na krwi mojej będę nióśł.

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

14 odpowiedzi na „Tęsknota za poezją

  1. iambogna pisze:

    Brzmi kuriozalnie, ale nie odsylalabym jej jeszcze do lamusa. Malo kto w Polsce wie, ze zniesiona przez Pawla VI – w soborowym ferworze reform – przysiega antymodernistyczna de facto wrocila w 1990 r. w Kostytucji Apostolskiej "Ex Corde Ecclesiae", podporzadkowujacej swieckie fakultety teologiczne personalnej i merytorycznej kontroli kurii biskupich. Z racji moich studiow mialam okazje obserwowac bezposrednio fale protestow i dyskusji zainteresowanych srodowisk w USA (pod znamiennym haslem: "Wake up, the Anti-Modernist Oath is alive and well!"). Dla amerykanskich katolikow oprotestowanie papieskiego dokumentu bylo tak samo oczywiste, jak dla polskich jego bezdyskusyjna akceptacja. Echa tej dyskusji wciaz mozna znalezc w Internecie. Dla porownania podaje dwa linki – amerykanski:http://www.aaup.org/AAUP/pubsres/academe/2002/MJ/Feat/magu.htmi polski:http://www.miesiecznik.znak.com.pl/606/606kita.html

    Polubienie

  2. 16Siko15rek pisze:

    Myślę, że warto przpomnieć "Przysięgę…" Oto ona:św. Pius X P.P.Przysięga antymodernistycznaJa N. przyjmuję niezachwianie, tak w ogólności, jak w każdym szczególe, to wszystko, co określił, orzekł i oświadczył nieomylny Urząd Nauczycielski Kościoła.Najpierw wyznaję, że Boga, początek i koniec wszechrzeczy, można poznać w sposób pewny, a zatem i dowieść Jego istnienia, naturalnym światłem rozumu w oparciu o świat stworzony, to jest z widzialnych dzieł stworzenia, jako przyczynę przez skutki.Po drugie: zewnętrzne dowody Objawienia, to jest fakty Boże, przede wszystkim zaś cuda i proroctwa, przyjmuję i uznaję za całkiem pewne oznaki Boskiego pochodzenia religii chrześcijańskiej i uważam je za najzupełniej odpowiednie dla umysłowości wszystkich czasów i ludzi, nie wyłączając ludzi współczesnych.Po trzecie: mocno też wierzę że Kościół, stróż i nauczyciel słowa objawionego, został wprost i bezpośrednio założony przez samego prawdziwego i historycznego Chrystusa, kiedy pośród nas przebywał, i że tenże Kościół zbudowany jest na Piotrze, głowie hierarchii apostolskiej, i na jego następcach po wszystkie czasy.Po czwarte: szczerze przyjmuję naukę wiary przekazaną nam od Apostołów przez prawowiernych Ojców, w tym samym zawsze rozumieniu i pojęciu. Przeto całkowicie odrzucam jako herezję zmyśloną teorię ewolucji dogmatów, które z jednego znaczenia przechodziłyby w drugie, różne od tego, jakiego Kościół trzymał się poprzednio. Potępiam również wszelki błąd, który w miejsce Boskiego depozytu wiary, jaki Chrystus powierzył swej Oblubienicy do wiernego przechowywania, podstawia… twory świadomości ludzkiej, które zrodzone z biegiem czasu przez wysiłek ludzi – nadal w nieokreślonym postępie mają się doskonalić.Po piąte: z wszelką pewnością utrzymuję i szczerze wyznaję, że wiara nie jest ślepym uczuciem religijnym, wyłaniającym się z głębin podświadomości pod wpływem serca i pod działaniem dobrze usposobionej woli, lecz prawdziwym rozumowym uznaniem prawdy przyjętej z zewnątrz ze słuchania, mocą którego wszystko to, co powiedział, zaświadczył i objawił Bóg osobowy, Stwórca i Pan nasz, uznajemy za prawdę dla powagi Boga najbardziej prawdomównego.Poddaję się też z należytym uszanowaniem i całym sercem wyrokom potępienia, orzeczeniom i wszystkim przepisom zawartym w encyklice Pascendi i dekrecie Lamentabili, zwłaszcza co się tyczy tzw. historii dogmatów.Również odrzucam błąd tych, którzy twierdzą, że wiara podana przez Kościół katolicki może się sprzeciwiać historii i że katolickich dogmatów, tak jak je obecnie rozumiemy, nie można pogodzić z dokładniejszą znajomością początków religii chrześcijańskiej.Potępiam również i odrzucam zdanie tych, którzy mówią, że wykształcony chrześcijanin występuje w podwójnej roli: jednej człowieka wierzącego, a drugiej historyka, jak gdyby wolno było historykowi trzymać się tego, co się sprzeciwia przekonaniom wierzącego, albo stawiać przesłanki, z których wynikałoby, że dogmaty są albo błędne, albo wątpliwe – byleby tylko wprost im się nie przeczyło.Potępiam również ten sposób rozumienia i wykładu Pisma św., który pomijając Tradycję Kościoła, analogię wiary i normy podane przez Stolicę Apostolską, przyjmuje wymysły racjonalistów w sposób zarówno niedozwolony, jak i lekkomyślny, a krytykę tekstu uznaje za jedyną i najwyższą regułę.Odrzucam również zdanie tych, którzy twierdzą, że ten, co wykłada historię teologii lub o tym przedmiocie pisze, powinien najpierw odłożyć na bok wszelkie uprzednie opinie, tak co do nadprzyrodzonego początku katolickiej Tradycji jak co do obiecanej przez Boga pomocy w dziele wiecznego przechowywania wszelkiej objawionej prawdy; nadto że pisma poszczególnych Ojców należy wykładać według samych tylko zasad naukowych z pominięciem wszelkiej powagi nadprzyrodzonej i z taką swobodą sądu, z jaką zwykło się badać jakiekolwiek dokumenty świeckie.W końcu wreszcie ogólnie oświadczam, że jestem najzupełniej przeciwny błędowi modernistów twierdzących, że w świętej Tradycji nie ma nic Bożego, albo – co daleko gorsze – pojmujących pierwiastek Boży w znaczeniu panteistycznym, tak iż nic nie pozostaje z Tradycji katolickiej poza tym suchym i prostym faktem, podległym na równi z innymi dociekaniom historycznym, że byli ludzie, którzy szkołę założoną przez Chrystusa i Jego Apostołów rozwijali w następnych wiekach swą gorliwą działalnością, zręcznością i zdolnościami.Przeto usilnie się trzymam i do ostatniego tchu trzymać się będę wiary Ojców w niezawodny charyzmat prawdy, który jest, był i zawsze pozostanie w „sukcesji biskupstwa od Apostołów” [Św. Ireneusz, Adv. haer. IV, 26 – PG 7, 1053 C]; a to nie w tym celu, by trzymać się tego, co może się wydawać lepsze i bardziej odpowiednie dla stopy kultury danego wieku, lecz aby nigdy inaczej nie rozumieć absolutnej i niezmiennej prawdy głoszonej od początku przez Apostołów.Ślubuję, iż to wszystko wiernie, nieskażenie i szczerze zachowam i nienaruszenie tego przestrzegać będę i że nigdy od tego nie odstąpię, czy to w nauczaniu. czy w jakikolwiek inny sposób mową lub pismem. Tak ślubuję, tak przysięgam, tak niech mi dopomoże Bóg i ta święta Boża Ewangelia.

    Polubienie

  3. mariabyrska pisze:

    Pan Michał nie jest w swoich poglądach aż tak radykalny, żeby tęsknić z przysięgą antymodernistyczną. Jak sam napisał: "Nie neguje wszystkich innych, czysto podmiotowych aspektów doświadczenia religijnego. Boleje tylko nad tym, że usiłuje się je uznać za wyłączne, z pominięciem podstawowej kategorii epistemologicznej, którą jest prawda."Ale skoro już mowa o katolickim modernizmie, który (postmodernistycznie) wraca do uwolnionej od "nihil obstat" publicystyki religijnej (nie mylić z kościelna), to polecam bardzo ciekawą i wnikliwą obronę filozofii św. Tomasza z Akwinu przed… tomizmem, autorstwa Tadeusza Bartosia. "Koniec prawdy absolutnej" (Wydawnictwo W.A.B. 2010) to trzecia już książka (nie licząc doktoratu) o Akwinacie tego autora – wykształconego przez samych o.o. dominikanow, zatem specjalisty w temacie nie byle jakiego. Jak dotąd (jestem w trakcie lektury) nie znalazłam w niej nic, co mogłoby podważać merytoryczną wiarygodność ex-zakonnika, chociaż fakt odejścia z zakonu z pewnością zmienił jego punkt widzenia.

    Polubienie

  4. anonymous pisze:

    Anonymous writes:Panu Michałowi (komentatorowi) pragnę przypomnieć, ze niesławna przysięga antymodernistyczna z 1910 r. została zniesiona jeszcze w roku 1967, przez Pawła VI, a "pokłosie tej mody, która panowała na przełomie wieków XIX i XX", nie tylko nie jest już zakazane, ale triumfalnie powraca w publikacjach – także wydawnictw katolickich. O, tempora! O mores!

    Polubienie

  5. mariabyrska pisze:

    Gospodarz zaprasza do dyskusji, temat nie do wyczerpania (i pomyśleć, ze zaczęło się od "tęsknoty za poezją"), dyskutanci na tzw. poziomie. Zapowiada się interesująco. Ale zacząć wypada po kolei, czyli od odpowiedzi Panu Michałowi A.Instrumentalność? Ależ zgadzam się, jak najbardziej! I wcale nie traktuję tego jako zarzutu. A czym, jeśli nie "instrumentami zbawienia" są kościelne sakramenty i rytuały, sama instytucja Kościoła wreszcie? Cytaty z papieskich kazań i encyklik można by tu mnożyć, przytoczę więc tylko najświeższą wypowiedź Benedykta XVI podczas ostatniej pielgrzymki do Niemiec: "Kościół jest instrumentem i sakramentem zbawienia – jeśli o tym zapomina, przestaje się różnić od wielu ważnych i potrzebnych organizacji… Jego sens polega na tym, że jest narzędziem odkupienia, pozwalając się przeniknąć słowem Bożym i wprowadzając świat w jedność miłości z Bogiem."Potrzebujący zbawienia człowiek – i oferujący zbawienie Bóg; zagubiony we wszechświecie (coraz bardziej tajemniczym i przepastnym) człowiek – i wszechwiedzący Bóg; przerażony własną kontyngencją i niemocą człowiek – i wszechmogący, wieczny Bóg. I jak tu uniknąć instrumentalności przy tak rozłożonych atrybutach? Dla pełnej jasności dodam, ze chociaż sama jestem niepraktykująca, dobrze rozumiem potrzebę religijnej asekuracji u innych.Niezupełnie natomiast rozumiem, co to znaczy, że "prawda istnieje w Bogu na sposób osobowy". Domyślam się, że chodzi Panu o dogmat Inkarnacji, ale jak to się ma do "podstawowej kategorii epistemologicznej, którą jest prawda"? Przecież poruszamy się tu w sferze czystej wiary! Sam Pan napisał: "W i e r z ę , że wszystkie dogmaty Kościoła katolickiego są prawdziwe, lecz nigdy nie powiedziałbym, że są one pełnym i wystarczającym opisem istoty bożej." Oraz: "Jak to pisał Hans Urs von Balthasar, w katolicyzmie mistyką jest już konsekwentnie p r z e ż y w a n a dogmatyka." A więc, wiara czy epistemologia, przeżywanie czy racjonalna refleksja?Oczywiście, że "człowiek jest w stanie poznawać rzeczywistość obiektywną i rozpoznawać, co jest dobre, a co jest złe", i że to nie jest smutne (chociaż wesołe też nie jest, jak nas poucza biblijna "Księga stworzenia"). Jednak na to, że "czasy sceptycyzmu [zapewne reformacyjnego, a potem oświeceniowego] deprecjonując zdolności rozumu człowieka, wyniosły jednostkę na piedestał, jako niemalże boską", nie mogę się zgodzić z dwóch powodów. Po pierwsze, rozum człowieka został wtedy nie tylko doceniony, ale i uwolniony od myślenia dogmatycznego, zwłaszcza kontrreformacyjnego (przypomnę tu choćby "złotą myśl" Ignacego Loyoli z jego "Ćwiczen duchowych: "Tak dalece winniśmy być zgodni z Kościołem katolickim, ażeby uznać za czarne to, co naszym oczom wydaje się białe, jeśliby Kościół określił to jako czarne."). Po drugie, jednostkę ludzką na "boski piedestał" wyniósł sam Jezus – Bóg i człowiek w jednej osobie. W średniowieczu natomiast ten piedestał skutecznie usunięto – na rzecz korporacyjnego rozumienia "widzialnego Corpus Christi", czyli Kościoła instytucjonalnego. I tak to już pozostało.

    Polubienie

  6. 16Siko15rek pisze:

    1. Nie mam żadnych zastrzeżeń do toczącej się na moim blogu dyskusji. Wymiana zdań kulturalna, dyskusja merytoryczna, tak trzymać. Dlaczego miałbym „się wściekać”? Przynajmniej uczniowie wiedzą, że jestem krynicą spokoju i cierpliwości… Moja wstrzemięźliwość w udzielaniu się w dyskusji wynika z przeświadczenia o niewysokiej własnej kompetencji w podnoszonych przez Państwa kwestiach.2. Określam siebie jako agnostyka. Mój agnostycyzm dotyczy nie tylko kwestii Boga, ale poznania w ogóle. Sens świata ludzkiego polega na wiecznym prawdy poszukiwaniu, dążeniu do niej i żadna kwestia (prawda) nie jest prawdą niepodważalną. Proszę nie dworować sobie ze sceptycyzmu, Panie Michale, i proszę nie posądzać mnie o jakiś skrajny relatywizm. Sceptycyzm to niegłupie stanowisko. Ot, niedawno doniesiono, że podważono elementy teorii względności (traktowanej jako dogmat przez fizyków), są cząstki, które poruszają się od światła szybciej, a odkryli to Polacy. Mnie interesuje, co jest (dzieje się) po drugiej stronie lustra i nie wykluczam, że współczesna fizyka w niedalekiej perspektywie zbliży się do Platona i platonizmu. Może ten drugi świat okaże się bliski chrześcijańskiej wizji świata po życiu.3. Jak sobie jednak poradzić z predestynacją, tak jak ją formułował św. Augustyn? Nawet jeśli doświadczysz dobra iluminacji, możesz nie zostać zbawiony? Ten drugi świat będzie dla ciebie niedostępny? Mając 50% (?) szans na to, że zostałem wybrany, wolę pozostać przy swoim agnostycyzmie…4. Obserwując Państwa spory, dochodzę do wniosku, że jest to refleks odwiecznego, a raczej odśredniowiecznego sporu filozoficzno-literackiego o „prawdy serca” i „prawdy rozumu”. Augustyn a Tomasz, Pascal a Kartezjusz, Mickiewicz a Oświecenie, Kierkegaard a Comte (ten iluminował na starość, jak Wolter). Ten spór toczył się będzie do końca świata, bo taka jest natura świata, a natura świata jest taka, bo taka jest natura człowieka, który świat postrzega „dwojako”.5. Kiedy pisze Pan o Prawdzie i poznaniu intelektualnym, Panie Michale, chyba nie marzy Pan jednocześnie o „Bogu filozofów”. Bóg Filozofów, jakikolwiek by nie był, nigdy nie będzie Bogiem rzeczywistym, chociaż nie wiem, jaki jest Bóg rzeczywisty i żadne dowody na istnienie Boga tego pokażą, bo natura najlepszych nawet dowodów (a każdy ma ewidentne braki) nie ma nic wspólnego z poznaniem Prawdy. Dowody mogą jedynie uzasadniać ludzkie dążenie do jej poznania.6. Tomasz Akwinata mówi o sześciu krokach w poznaniu prawdy. Krok 4. i 5. Są w Grucie rzeczy wspaniałą apologią rozumu i intelektu ludzkiego. Krok 6. – ten najistotniejszy – wiąże się z rozumową kontemplacją prawd Boskich, objawionych. A więc prawd abstrakcyjnych, wykraczających poza zdolność pojmowania człowieka (Akwinata tworzy całą antropologię!). Gdyby udało mu się coś weryfikowalnego rozumowo wykoncypować, byłaby to jedynie prawda wyłącznie rozumowa, nieprzekładalna na inne aspekty życia człowieka i człowieczeństwa. I jednocześnie prawda raczej nie do zweryfikowania „sercem”. Krok 6., jeśli miałby się skończyć powodzeniem intelektualnym, wiązałby się ostatecznie z „powołaniem” Boga Filozofów. Inaczej mówiąc, bez „serca” ani rusz. Już bardziej przekonujący są co, którzy mówią o iluminacji czy ekstazie, aczkolwiek, żeby się przekonać, czym jest jedna i druga, trzeba by ich doświadczyć (moim marzeniem od zawsze jest lewitacja, ale nie dlatego, że chciałbym zostać powołany do grona błogosławionych i świętych). Prawda Akwinaty z kroku szóstego jest prawdą potencjalną, nawet nie hipotetyczną. 7. Ergo, jest ciągle sensowne powiedzenie Tertuliana: „Credo quia absurdum”. O ile odejdziemy od potocznych znaczeń słowa absurd. Bóg ma naturę absurdalną i dlatego rozum jest to raczej bezradny. Gdyby jednak okazało się (powtórzę), że poznanie rozumowe prawd objawionych jest możliwe, „zniesione” zostałyby najważniejsze podstawy religii i wiary. Bo póki żyjemy, nie wiemy, co nas czeka w ewentualnym drugim życiu (i nie możemy rozumowo udowodnić możliwości tego życia), wierzący żyją nadzieją. Ufają Wierzą w paruzję. A to nie to samo, co poznanie Prawdy, na szczęście.8. Dla mnie ważniejsze jest to, co jest w tym życiu, jak go sobie wypełnię, zesencjonalizuję. Gromi Pan sceptyków, panie Michale, że niby wynieśli człowieka do rangi Boga (odrodzenie). Ale czy nie można by, chociażby przekornie, postawić Akwinacie zarzutu …pychy? Że aż tak wysoko w hierarchii stworzeń i bytów usytuował człowieka z jego możliwościami (predyspozycjami) poznawczymi? Czy da się rozumowo uzasadnić, że człowiek jest czymś lepszym od liścia na drzewie, bławatka w zbożu czy kangura? Że jest lepszy od wody czy pszczoły, a bez wody i pszczół życie nie byłoby możliwe?9. Serce a rozum. Czy: serce i rozum? Dla mnie wiara nie jest możliwa bez odczucia misterium fascinans i misterium tremens. To wyraża wiersz Rilkego, chociaż ja wolę traktować go jako erotyk, to wyraża „Rozmowa…” Mickiewicza. Nie lekceważyłbym niegdysiejszych „mód” (Otto, Eliade, aczkolwiek moda na tego drugiego w Polsce rozpoczyna się trochę później, w latach 60.), tak jak nie lekceważyłbym egzystencjalizmu.10. Prawda, Prawda, Prawda. To słowo wydaje się być najważniejsze w ustach księży i wielu chrześcijan. Klepie się jak mantrę (przepraszam, nikogo nie chciałbym urazić1). Kiedy je słyszę po raz tysięczny, pytam naiwnie: Co to jest Prawda? I w odpowiedzi słyszę…11. Amen. Kończę, bo wpadam w biegunkę myślową. Piszę pośpiesznie, bo takie są moje aktualne uwarunkowanie. Nawet nie przeczytam tego, co napisałem. Zapraszam do kontynuowania dyskusji.

    Polubienie

  7. anonymous pisze:

    Michał writes:Do Maria Byrska:Mam nadzieje, że Autor niniejszego bloga nie wścieknie się z powodu tej rosnącej dyskusji. Niech chociaż jej poziom, chyba przyzwoity, będzie rekompensatą i pokornym "przepraszam" za to nadużywanie gościnności.Konieczne jest tutaj małe dementi. Poczytam sobie za komplement posądzenie mnie o bycie kapłanem. Jednakowoż muszę zapewnić, że nim nie jestem. Interesuje się teologią jako człowiek wierzący. Jak to pisał Hans Urs von Balthasar, w katolicyzmie mistyką jest już konsekwentnie przeżywana dogmatyka. To po pierwsze. Po drugie, zostałem źle zrozumiany. Proszę spojrzeć na końcówkę mojego pierwszego komentarza. Nie neguje wszystkich innych czysto podmiotowych aspektów doświadczenia religijnego. Boleje tylko nad tym, że usiłuje się je uznać za wyłączne z pominięciem podstawowej kategorii epistemologicznej, którą jest prawda. Nawiasem mówiąc, jeśli Pani potrzebuje Boga jako czegoś co ma wypełniać Pani potrzebę sensu wobec cierpienia i śmierci, to można takiej wizji zarzucić instrumentalność. Po trzecie, nigdy nie twierdziłem, że posiadam prawdę obiektywną. Zacznijmy może od tego, iż wierząc, że prawda istnieje w Bogu na sposób osobowy, to trudno powiedzieć, żebym "posiadał osobę". Wierzę, że wszystkie dogmaty Kościoła katolickiego są prawdziwe, lecz nigdy nie powiedziałbym, że są one pełnym i wystarczającym opisem istoty bożej. Kościół, czyli również ja, będący jego członkiem, jesteśmy w drodze do pełni prawdy, która zostania ukazana w powtórnym przyjściu Jezusa Chrystusa. Po czwarte, dlatego wiara w to, że człowiek jest w stanie poznawać rzeczywistość obiektywną i rozpoznawać, co jest dobre, a co jest złe, miała by być smutna? To właśnie w średniowieczu, o ironio, najmocniej wierzono w możliwości umysłu ludzkiego. To właśnie potem przyszły czasy sceptycyzmu, które wywróciły ten świat do góny nogami: deprecjonując zdolności rozumu człowieka, wyniosły jednostkę na piedestał, jako niemalże boską.

    Polubienie

  8. mariabyrska pisze:

    Oj, chyba jest Pan Michał księdzem, co poniekąd tłumaczy, dlaczego dla Pana: "Wierzę, bo lękam się śmierci, bo przeraża i fanscynuje mnie świat, bo pragnę sensu i miary mojego życia itd." nie jest wystarczającym ani definitywnym powodem religijnej wiary. Oraz że: "W takiej perspektywie nie istnieje: Wierzę, bo to prawda". "To", czyli biblijny przekaz i jego obietnice oraz zbudowana na tym teologia? To raczej smutne, ze "Kościół wciąż wierzy w możliwości poznawcze człowieka dokładnie w takim samym stopniu, jak miało to miejsce w średniowieczu…" Ale to też doskonale wyjaśnia Pańską pewność posiadania obiektywnej prawdy o Bogu. Nie chcę obrażać niczyich uczuć religijnych, dlatego od razu zastrzegam, ze mówię to najuczciwiej i najszczerzej: Nic by mnie Bóg nie obchodził, gdyby nie moja (ludzka) kondycja bytu skazanego na śmierć i cierpienie, gdyby nie moje (ludzkie) marzenie o nieśmiertelności, sprawiedliwości, eliminacji zła i cierpienia, gdyby nie moje przerażenie bezsensem i przypadkowością kruchego i często okrutnego życia, gdyby nie tęsknota i ból nieobecności wciąż bliskich mi, zmarłych już osób.Ta wewnętrzna rzeczywistość bólu i nadziei jest dla mnie (człowieka) tak samo prawdziwa, jak otaczający świat materialny, a na pewno bardziej prawdziwa od tzw. objawienia i zglębiającej je teologii. Przyznanie się do tego wymaga oczywiście pewnej odwagi, bo a nuż, obrazimy Boga, który "wszystko widzi, słyszy i pamięta". Może dlatego mistycy modlili się o uwolnienie ich od Boga, że dopiero wtedy osiągali prawdziwą wolność ducha.

    Polubienie

  9. iambogna pisze:

    Poruszyl Pan tyle teologicznych kwestii, ze nie sposob na wszystkie odpowiedziec w zwiezlym komentarzu. Ogranicze sie wiec do wyjasnienia ambiwalentnie brzmiacych slow z mojej poprzedniej odpowiedzi. Nie twierdze, ze Boze Objawienie (cokolwiek przez nie rozumiemy) mogloby byc nieprawdziwe, zglaszam jedynie watpliwosci co do naszej – adresatow objawienia – interpretacyjnej nieomylnosci (stad element ryzyka). Co do (notorycznych) zludzen ludzkiego poznania, to potwierdza je wielomilenijna historia filozofii, teologii oraz nauk wszelakich, bedaca wszak zmieniajacym sie kalejdoskopem "prawd", z ktorych wiele uznawano za niepodwazalne i wieczne jeszcze na poczatku XX wieku. To poznawcze samozadowolenie na dobre podwazyly m. in. kwantowa rewolucja w fizyce, odkrycia genetyczne w biologii, filologiczna i historyczna krytyka tekstow sakralnych, zeby wymienic tylko najbardziej widoczne "rewolucje" w obowiazujacych paradygmatach poznania. Malo kto ma jeszcze zludzenia, ze stanie sie odkrywca kamienia filozoficznego, autorem eleganckiego wzoru na wszechswiat czy depozytariuszem teologicznej "prawdy definitywnej". Co wcale nie oznacza niewiary w mozliwosci poznawcze czlowieka, wrecz przeciwnie – mozliwosci te okazuja sie praktycznie nieograniczone… przez prawde absolutna wlasnie. I nawet sie do niej nie zblizamy (jak sadzono do niedawna), to raczej ona oddala sie od nas w miare poszerzania sie horyzontu poznawczego. I bardzo dobrze, takze dla Kosciola, ktory jest przeciez Oblubienica Slowa Wcielonego, zeby odwolac sie do Pana argumentacji. Oblubienica – a wiec kims nieustannie obdarowywanym, zaskakiwanym (by nie rzec rozpieszczanym) – a nie rutynowo sprawna sekretarka, znajaca na pamiec niekwestionowane wymagania szefa. Przepraszam za to porownanie, na wypadek gdyby byl Pan duchownym, oraz zapewniam, ze takze dla mnie "to Chrystus definiuje wiarę", i ze bardzo powaznie trakuje wezwanie do zgłębiania Objawienia, w tym rowniez dogmatow Kosciola.Nie chcialabym zbyt dluga dyskusja naduzyc goscinnosci Gospodarza bloga, wiec zapraszam do odwiedzenia takze mojego, w calosci poswieconego religii. Pozdrawiam serdecznie.http://nieortodoksyjnie.blog.onet.pl/

    Polubienie

  10. anonymous pisze:

    Michał writes:Do Bogny D.Oczywiście, że dla wiara jest łaską. Nikt w to nie wątpi. Jednak to jest pewien aspekt opisu wiary, przy czym askpektowość nie oznacza tutaj drugorzędności. Dla pełnego zrozumienia tego, co napisałem jest konieczny kontekst charytologiczny. Uwierzenie jest możliwe po pierwsze dzięki łasce uprzedzającej, która "wytwarza" w człowieku dyspozycje do przyjęcia daru, a po drugie dzięki samej łasce wiary. Ostateczna decyzja jednak do danej osoby należy. Samą wiarę (por. De veritate, kwestia "O wierze") św. Tomasz definiował jako akt intelektu, który nie mając dostatecznych podstaw zwraca się z całą mocą ku jednemu z członów alternatywy, bo uznaje to za dobre lub pożyteczne. Definicja może brzmieć nieco pragmatycznie (w sensie Jamesa), lecz jeśli weźmie się to, co napisałem w poprzednim komentarzu, wiara staje się całkiem racjonalnym krokiem poznawczym. Oczywiście dalej podkreślam: nie jest to krok całkowicie samodzielny, bo wymaga łaski, zgodnie ze słowami: "beze Mnie nic nie możecie uczynić"(J 15,5). Moja uwaga krytyczna nie tyczyła się tego, że wiara nie jest czymś subiektywnym, gdyż w dużej części to prawda. Nie zgadzam się jedynie z tym, że jest ona wyłącznie czymś subiektywnym, ograniczonym do stanów mentalnych podmiotów, niezależnie od tego, jak określonych. W takiej perspektywie nie istnieje: "Wierzę, bo to prawda". Tutaj jest jedynie: "Wierzę, bo lękam się śmierci, bo przeraża i fanscynuje mnie świat, bo pragnę sensu i miary mojego życia itd.". Nie neguję, pozwolę sobie ponownie podkreślić, że takie elementy w doświadczeniu wiary nie istnieją. Jak łatwo się domyślić na tę całkowitą niezgodę na obiektywizację sfery duchowej również się nie zgodzę. Ta wiara, przynajmniej w jej chrześcijańskim wydaniu, nie jest zdefiniowana do czegoś niby to obiektywnego, lecz jednak definiowanego stanami wewnętrznymi podmiotu. Ma ona postać zaufania bardzo konkretnemu Boga, Słowu Wcielonemu, Synowi, który jest doskonałą ikoną Ojca. To Chrystus definiuje wiarę, bo to On jest "prawdą, drogą i życiem"(J 14, 6) i to On jest tym jedynym, który widział i zna Ojca, oprócz tych, którym On zechce Go ukazać. Celewo tutaj wchodzę w ten ewangeliczny język, aby lepiej pokazać, o jakie ujęcie wiary chodzi zarówno mnie, jak i św. Tomaszowi. Ponadto chcę pokazać, że to Objawienie, wbrew Pani słowom, jest nieomylne, a to w tym sensie, że samo w sobie nie zawiera fałszu. Chyba że dopuszcza Pani wiarę w Boga, który kłamie?Co do tych złudzeń nauki i teologii, to czy mógłbym poznać ich źródło? Nie, nie źródło złudzeń, lecz Pani opinii. Kościół, który wciąż wierzy w możliwości poznawcze człowieka dokładnie w takim samym stopniu, jak miało to miejsce w średniowieczu, nie przestał wzywać do zgłębiania Objawienia. W teologii istnieje pojęcie prawdy definitywnej, czyli Objawiony. Jasne, że dogmaty wiary nie są kompletnym zbiorem twierdzeń, które byłyby wyczerpującym opisem istoty i działań zbawczych Boga. Byłby to absurd. Kościół optrzymując pełne Objawienie i obietnice, że nigdy publicznie i uroczyście nie ogłosi błędu w wierze i moralności, jest wciąż wspólnotą w drodze do pełnego zrozumienia tego, co otrzymał, a w tym samego siebie. Nastąpi do wraz z paruzją. Amen.

    Polubienie

  11. iambogna pisze:

    Nie wiem, co na to Autor bloga, ale ja zgadzam sie z konkluzja komentarza: zaufanie Bozemu objawieniu (jednak bez definicyjnej nieomylnosci) to jedyna postawa, jaka moze przyjac homo religiosus. I tu zbiegaja sie wszystkie mozliwe propozycje teologiczne, a takze nasza i Pana perspektywa wobec historycznie zmieniajacego sie sensus fidei i odpowiadajacych mu koncepcji prawdy. Zaufanie to jednak nie to samo, co pewnosc posiadania prawdy (do ktorej, jak rozumiem, Pan – za przykladem Tomasza z Akwinu – metodologicznie aspiruje). Wiara dla chrzescijanina (w co Akwinata przeciez nie watpil) jest przede wszystkim darem (laska), a nie tylko – co byloby pycha – intelektualnym osiagnieciem "dociekania filozoficznego". I podobnie jak jej ewangeliczne siostry: nadzieja i milosc, wiara zaklada i pociaga za soba r y z y k o – zaufania Tajemnicy, ktora religie nazywaja Bogiem, a filozofia prawda absolutna. Nauka juz dawno przestala sie ludzic, ze taka prawda jest poznawczo osiagalna (i cale szczescie!- bo to przeciez oznaczaloby koniec nauki), zas teologia, jak ja rozumieli scholastycy, dawno przestala byc nauka wladna cokolwiek ostatecznie udowodnic (co nie znaczy, ze wciaz nie probuje sie tego robic badz wymagac, vide Panski glos w tej dyskusji).Religijna subiektywnosc wiary, to nie to samo, co nienaukowy subiektywizm poznania. Subiektywnosc wiary to po prostu niezgoda na obiekt-ywizacje sfery duchowej, ktora jest domena wolnosci, w odroznieniu od zniewolonej (bo zdeterminowanej) rzecz-ywistosci biologicznej i spolecznej. Akurat przytaczani przez Pana: deterministyczny Freud (na Junga zgoda) i teleologiczny R. Otto, nie najlepiej sie tu wpisuja. Jesli mialabym sie odwolywac do jakichs inspiracji, to bylyby to raczej: filozofia religii (prawoslawnego) M. Bierdiajewa, (protestancka) teologia P. Tillicha i (ekumenicznie katolicka) "poznego" T. Mertona, a nade wszystko niezliczeni mistycy roznych proweniencji, wsrod ktorych znalezliby sie takze przywolani przez M.W. poeci.

    Polubienie

  12. anonymous pisze:

    Michał writes:Ad omnibus:W państwa opiniach i wypowiedziach niby wszystko jest w porządku, lecz widać w nich pokłosie tej mody, która panowała na przełomie wieków XIX i XX: wyłącznie psychologiczno-egzystencjalne ujęcie religii. Może niekiedy bardziej psychologiczne (Freud, Jung), a czasami może bardziej egzystencjalne (R. Otto), ale zawsze subiektywne. Przerażenie, niezwykłość, świętość, tajemniczość, zachwyt – to niby mają być cechy definiujące relacje między wierzącym a transcendencją. To bardzo smutne, że zapomnieliście o prawdzie. Im częściej widzę tego typu charakterystyki, tym coraz większa mnie bierze ochota, aby przypominać o propozycji św. Tomasza z Akwinu. W jego ujęciu wiara to po prostu kolejny krok poznawczy, przygotowany przez wcześniejsze dociekanie filozoficzne. Uzasadnienie istnienia Boga, które według Akiwatu jest jak najbardziej możliwe, jest tylko przedsionkiem wiary. Chcąc iść dalej w poznaniu pierwszych zasad i przyczyn bytu, czyli w zdobywaniu mądrości, konieczne będzie poznanie istoty bożej. Ta jednak umysłowi ludzkiemu jest niedostępna, dlatego konieczna jest wiara i zaufanie Bożemu Objawieniu, które z definicji mylić nas nie może. Trzeba przyznać, że ta perspektywa jest nieco odmienna. Nie chce unieważniać tamtych. Chcę po prostu wzbogacić całość.

    Polubienie

  13. 16Siko15rek pisze:

    Tak, zgadzam się z poglądem, że każdy człowiek jest tak sformowany – bez względu na deklaracje, jakie składa. Jest ta porażająca czasem tęsknota za…, do…Jeśli ona jakoś się wyrażniej rysuje, krystalizuje, to jedynie w bardzo prostych formach."Bóg się rodzi…" Karpińskiego, nibybarokowy, ale jakże prosty, a przy tym porażający tekst.Albo: prostota szczerej rozmowy z Bogiem w "Rozmowie wieczornej" Mickiewicza (arcydzieło!).

    Polubienie

  14. iambogna pisze:

    I wlasnie dales doskonaly przyklad, czym jest ow "genetyczny homo religiosus", o ktorym wspomniales we wczesniejszym komentarzu. Mistyczne doswiadczanie numinosum nie jest tu wcale konieczne, a jesli cos takiego jakos sie zdarza, to zawsze jako odpowiedz na dojmujaca tesknote: za kims – w obliczu smierci, lub do czegos – w obliczu cierpienia z powodu doskwierajacej (niedoskonalej) rzeczywistosci. Dla ludzi tradycyjnie religijnych Bog jest gwarantem sensownosci tych tesknot. Ale odrzucenie teistycznej wiary niczego nie zmienia w "teskniacej" naturze czlowieka. Augustianska formula: "niespokojne jest serce moje, dopoki nie spocznie w Tobie" – jest prawdziwa teologicznie, poniewaz jest prawdziwa egzystencjalnie.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s