Tusk, biust i bluzg (blues?) feministek

Od paru dni mamy do czynienia z największą – od czasu katastrofy smoleńskiej – burzą medialną. Na jednej z konferencji prasowych premier Tusk – w odpowiedzi na pytanie dziennikarki PR – zaczął się jąkać mniej więcej w taki sposób:

„Guziki wszystkie zapięte na pewno… Trochę taki jestem… Patrzę na letni strój pani redaktor i dlatego nie kojarzy mi się z tym… z dopięciem wszystkiego na ostatni guzik – odpowiedział wyraźnie rozkojarzony premier. – To nie przygana, wręcz przeciwnie. Bardzo lubię… lato – dodał szef rządu.”
Pytanie dotyczyło, o ile pamiętam, kwestii „dopięcia” spraw związanych z bliskim przewodniczeniem Polski w PE. Jednak „dzięki” tej, niewinnej w gruncie rzeczy, wypowiedzi premier stał się jak ten motylek z dorzecza Amazonki, który zawachlował pięknymi skrzydełkami, a w efekcie wywołał huragany w Stanach, Japonii oraz wybuch wulkanu w Islandii. …


Rozbluzgały się środowiska związane z polskimi feministkami, z Ligą Kobiet na czele. Niektórzy komentatorzy z wrażych wobec Tuska ugrupowań dowodzili, że prześcignął on w perwersjach samego Berlusconiego. Dostało się także wiodącej i panującej PO – poniektóre z urażonych dam określiły ją mianem najbardziej seksistowskiej z partii. Zważając na konotacje z Berlusconim, pewnie najbardziej seksistowskiej na świecie.

Z tym porównaniem do Berlusconiego to lekka przesssssada. Jak na razie premier pod dyskutowanym względem do pięt Sarcozy’emu nie dorasta, nie mówiąc o Clintonie lub wielu satrapach i watażkach afrykańskich. Do dzisiaj nie zmienił na przykład małżonki, nie organizuje orgietek z panienkami (jak premier włoski), a co piątek przykładnie odlatuje na skrzydełkach na co najmniej trzy dni do Gdańska, aczkolwiek ja czekam od ponad dwudziestu lat na chwilę, kiedy Gdańsk przestanie wreszcie pełnić funkcję nie tylko sypialnianej stolicy Polski.

Nie tak dawno przestudiowałem ponownie orędzie D. Tuska wygłoszone po zwycięskich dla jego partii wyborach w 2007 r. Po co do tego wróciłem? Po to, aby uwiarygodnić gnębiące przekonanie, że Tusk i jego partia już dawno głęboko zawiedli mnie jako wyborcę. Owszem, było kilka rzeczy, które mi się podobały, ale w kluczowych dla Polski, a szczególnie społeczeństwa sprawach rządy Tuska rozminęły się z oczekiwaniami i orędziem.

W tym kraju wszystko musi być analizowane i oceniane w kategoriach czarno-białych, proszę zatem potencjalnych Czytelników mego niszowego bloga, aby nie pomyśleli, że mając dosyć zawodów, zwodów i wzwodów miłosnych z łonem PO, chcę się przerzucić miłośnie na łono PiS-iowskie lub wzgórek Venery jakiegoś SLD. Nic z tych rzeczy, od dawna żadne partyjne łono mnie nie podnieca, a orgazmu doznaję m. in. zgłębiając kwestię rzekomej nierozwiązywalności antynomii Kantowskich, czytając z upodobaniem znakomite powieści zwane kryminałami skandynawskimi oraz wąchając stokrotki.

Nie ukrywam jednak, że wgląd w i wzgląd na sferę damską, nie tylko dziennikarską, nie jest mi obojętny, chociażem mocno podeszły wiekiem (ten gupi Word poprawił mi „chociażem” na: „chciałem”, ciągle mnie zresztą poprawia, szlag by go!). Z tego, i nie tylko z tego powodu zacząłem się trochę zastanawiać nad sensem i bezsensem owej biuścianej aferki.

W pewnym sensie wolta Tuska przypomina w swej prostocie instrukcję obsługi cepa (posługuję się w tym wypadku porównaniem z lubością stosowanym przez Zdziśka M., historyka). Na wspomnianej konferencji żurnalistka zadała Tuskowi pytanie dotyczące polityki, lecz szybsze, jak zwykle, okazały się bodźce wzrokowe. O milisekundy ideę naszego przewodnictwa w Unii przesłoniła idea mocno odsłoniętego (rozpiętego!) Biustu, by podejść problem percepcji idei Locke’m, ominąwszy Freuda.

Powiedzmy sobie szczerze, że niemal każdy damski biust (w przeciwieństwie do biustów Napoleona, Robbespiera, Dantona lub Piłsudskiego) jest w stanie – przynajmniej na moment – zaćmić jasny na ogół i sprawny umysł mężczyzny. Oczywiście pod warunkiem, że ten ostatni, tj. mężczyzna jest stosunkowo trzeźwy i że jest – w przeciwieństwie do tego byłego premiera, który marnie skończył – mężczyzną stricto sensu. Z akcydentalnej biustowej opresji (pamiętajmy o milisekundach, w których działa się cała akcja!) Tusk próbował wyjść z fasonem, czyli efektownym żartem. Wyraźna, owszem, była konsternacja premiera w chwili konstruowania błyskotliwego w zamierzeniu dowcipu, ale ostatecznie zwieńczył go jakże kapitalną pointą skierowaną do niedopiętej pani: „To nie przygana, wręcz przeciwnie. Bardzo lubię… lato.”

Ba, więc nasz premier ma literacki talent! W takiej Francji kobiety oklaskiwałyby go za intelektualne esprit i ogólna urodę, faceci zazdrościli inteligencji, w takich Czechach uśmiano by się, a poza tym rzecz nie wzbudziłaby u naszych południowych sąsiadów większych emocji.

Nie w Polsce jednak, gdzie Tuska niedawno nazwano „matołem” i sam Dorn musiał zamanifestować przeciw, nie w Polsce, gdzie nigdy powszechnie nie przyjęła się tradycja libertyńsko-intelektualnego paradoksu czy dowcipu, o czym przekonał się już J. A, Morsztyn, który zwiał do Francji (żartuję!), nie w Polsce jednak, w której krzyżyk na „rozpiętych” piersiach każdej panny jest ciągle intruzem niepokojącym i dwuznacznym, czyli podejrzanym. Polacy gustują w cięższych, sarmackich odmianach żartów i anegdot, dlatego takim wzięciem cieszy się nasz prezydent. Swoją drogą to ciekawe: obaj z PO, tacy niby sobie bliscy, a tak różne tradycje i temperamenty intelektualne. To tak, jakby zestawić rzeczonego Morsztyna z Paskiem.

Ad rem – Tusk zatem zachował się w tym wypadku dowcipnie i – tak sądzę – większości niewiast w Polsce jego zachowanie mogło się spodobać. W każdym razie nie uwłaczył czci i godności ani dziennikarki, ani żadnej kobiety w ogóle, a szczególnie Matki Polki. Owszem popełnił błąd. Jaki? Już po zdarzeniu zadzwonił, zaczerwieniony pewnie jak uczniak, do owej dziennikarki, tłumacząc się i przepraszając. Niepotrzebnie. Oj, te dziennikary! – że zaeksklamuję Białoszewskim…

Tymczasem obrażone poczuły się Feministki. W ich opinii premier okazałsię wrednym seksistą, a PO… już cytowałem, czym się okazała. Delikatniejsze sformułowania pojawiające się na forach internetowych traktują o „niestosownym” zachowaniu Tuska w miejscu publicznym i odsyłają go pod sąd partyjny.
Pytanie pierwsze zatem: jakie zasady co do ubioru obowiązują ludzi (bez względu na stronę i płeć) w pewnych sytuacjach urzędowych, oficjalnych, miejscach publicznych?

Pewien minister urzędował niegdyś w „obowiązkowym” wytartym i nieczęsto chyba pranym swetrze, co tłumaczył przywiązaniem do etosu solidarnościowego. Inny, z psem, a raczej suką, do Sejmu przychodził i chociaż ta suczka miała coś na kształt honorowego mandatu, ostatecznie poszedł nie tą drogą, niepomny apeli Kwaśniewskiego. Jeszcze inny, Kuroń, Jacek Kuroń, miał swój autentyczny i niepodrabiany styl bycia i życia i urzędując, ubierał się, jak był i żył. Pewna pani zasiada (ła) w Sejmie w ostrej jak… [wycinam] czerwieni. Inna, zauważam, kiedy już śledze w TVP jakiś fragment obrad sejmowych, ma zawsze obowiązkowo (in extenso) wygląd mocno niestetetyczny, by nie rzec: niechlujny. Wszystko to nie zależy bynajmniej od orientacji politycznej i seksualnej.

Czy zatem doczekamy czasów, kiedy dziennikarka przyjdzie na konferencję prasową w krótkich szortach i ubożuchnym staniczku sporo powyżej? Albo i topless? A jeśli to się w końcu zdarzy i jakikolwiek premier z krótkotrwałej zaćmy spowodowanej wglądem na powaby jej odkrytych okolic spróbuje przy pomocy dowcipu wyjść z konsternacji, to czy również oburzą się Feministki?

Jestem pełen uznania dla wielu poczynań rodzimych feministek, z prof. Magdaleną Środą i Kazimierą Szczuką na czele, aliści chyba więcej estymy mam dla niegdysiejszych emancypantek i sufrażystek, dla Krzywickich i Nałkowskich. Zgoda, miłe Panie, pod wieloma względami mamy w III RP do czynienia z „piekłem kobiet”; czytaj: piekłem, w którym żyją kobiety. Pod wieloma względami niewiele się zmieniło od czasów pamiętnej i namiętnej publicystyki Boya-Żeleńskiego, wielkiego obrońcy praw kobiet i orędownika sprawy kobiecej (zapoznanego niestety i pomijanego dzisiaj milczeniem). Czyli niewiele się zmieniło na lepsze od bez mała 90. lat. Aborcja, in vitro, płace, emerytury, parytety polityczne, dyktat Kościoła w „pewnych” sprawach, prawa kobiety w ciąży, żłobki i przedszkola i wiele innych. To są autentyczne problemy i należy oczywiście dążyć do ich rozwiązania. Dla dobra kobiet, które w Polsce są ciągle „the nigger of the world”, jakby Lennon powiedział.

Ale: czy rzeczywiście kobiety w Polsce chcą tego w s z y s t k i e g o, czego chcą walczące w ich sprawie feministki? Wątpię. I ubolewam, że doczekaliśmy się czasów, kiedy zupełnie niewinny i szczery komplement wypowiedziany przez mężczyznę pod adresem kobiety, albo i ustąpienie kobiecie miejsca w tramwaju są traktowane niemalże jak forma molestowania… Lub interpretowane w kategoriach seksizmu czy męskiego szowinizmu, co zresztą na jedno wychodzi.

Logika wypowiedzi i reakcji na świat (tylko męski?) niektórych feministek bazuje na bezwiednym używaniu entymematów, co w tej logice oznacza: komplementujesz, ergo molestujesz, miejsca w busie ustępujesz, to damskie poczucie wartości negujesz, ty męski seksistowski kmiocie!

Obawiam się, że te kręgi feministyczne, które do tego rodzaju standardów dążą, kierują się niczym innym jak seksizmem z pozycji damskiej tudzież kobiecym szowinizmem. W życiu codziennym, powszechnie, tego rodzaju „wysokie standardy” na szczęście jeszcze w Polsce nie obowiązują – większość kobiet lubi takie a nie inne formy zachowania męskiego, a mężczyźni lubią u kobiet to, co lubią. Także bujne lato.
Rzecz jasna, my, płeć brzydsza i biologicznie słabsza, dzięki Bogu ciągle jeszcze w naszym kraju przez kobiety pożądana, możemy się wstydzić wielu niekulturalnych, prymitywnych, wulgarnych czy zwyczajnie chamskich odruchów w stosunkach …przepraszam! – w r e l a c j a c h z kobietami. Nb. zauważmy mimochodem, że współczesne kobiety klną coraz częściej i znacznie „lepiej” od mężczyzn, czy może przypadkiem jest to/nie jest to spełnienie jakiegoś ideału feministycznego?

Dochodzi do paranoicznych sytuacji, że gdy ktoś podejmuje się publicznie – na piśmie, w radio czy telewizji – próby zanalizowania i zrozumienia (bynajmniej nie w sensie czy intencji „wybaczenia”) jakiejś nietypowej lub kontrowersyjnej czyjejś wypowiedzi, może w naszej ojczyźnie natychmiast zostać potraktowany jako antysemita, rasista, przeciwnik gejów, lesbijek i bi, kibol, mason, pisowiec, cyklista lub męski orangutan…

A premier? Być może można by premierowi zalecić małe ćwiczenie woli w klasztorze męskim lub damskim, chociaż w jednych i drugich podobno sporo się zmieniło od czasów śp. Boccaccia. Mam zatem lepszy pomysł na trening znieczulający pewne męskie reakcje na pewne bodźce i sygnały wychodzące od pań, z feministkami włącznie.

Premier Tusk ma w swoim życiorysie także epizod nauczycielski. Niechby więc premier zatrudnił się, tylko na jeden tydzień, pięć dni roboczych, w jakimkolwiek liceum. Pięć dni po siedem lekcji, razem trzydzieści pięć godzin (trochę ponad etat, ale to eksperyment). Na czym owo ćwiczenie woli miałoby polegać? Otóż lekcja w lekcję, przez cały tydzień, czy to wiosną czy zimą, latem czy jesienią, w każdej absolutnie klasie belfer płci męskiej staje „oko w oko” i vis a vis (plus minus) dwudziestu damskich biustów, pardon, par biustów dziewczęcych, najczęściej wyeksponowanych w o d p o w i e d n i sposób do granic możliwości. Trzydzieści pięć razy dwadzieścia (plus minus), ile to daje? Gdyby tak premier w owej hipotetycznej roli belfra zaczął z tego powodu moralizować, pouczać, powoływać się na statuty i regulaminy szkolne, miałby niechybnie z góry przechlapane, by użyć zwrotu rozpanoszonego w polskich mediach.

To jednak nie wszystko. Stanąłby bowiem premier-belfer w każdej klasie „oko w pępek”, vis a vis z (plus minus) dwudziestoma damskimi gołymi brzuchami, wyeksponowanymi do granic przyzwoitości poprzez obniżenie pasa w damskich portkach i inne kobiece sztuczki. Odpowiada taka jedna czy druga z Kochanowskiego, nawet się nauczyła, a ty co, człowieku, słuchasz i w okno lub sufit się gapisz? No, nie wypada, po prostu nie wypada nie patrzeć uczennicy, gdy jest odpytywana, w oczy, byłoby to zresztą na bakier z rudymentami sztuki pedagogicznej. Podejrzewam, że podobnie rzeczy się mają w gimnazjach.
Cóż innego zatem pozostaje belfrowi, jak nie opanowanie najtrudniejszej ze sztuk: widzenia i niezauważania. W tej sztuce mistrzostwo świata osiągnęli już w XVII wieku jezuiccy misjonarze w Ameryce, zszokowani powszechną, beztroską i bezintencjonalną nagością tubylców. Proces ubierania tubylców, który zainicjowali, był, niestety, jednocześnie procesem ukatrupiania setek egzotycznych dla Europejczyków, kultur i cywilizacji.

Czy t a k i może jest ideał feministek w odniesieniu do męskiego oglądu szczególnych damskich ekspozycji? Widzę, ale nie zauważam? Jeśli nie, to i tak nasze drogie feministki wiele wspólnego, mniemam, z jezuityzmem mają…

W dzieje kultury ludzkiej, nie tylko z terenów Europy, jest od zarania wpisany mechanizm zakrywania i odkrywania ciała ludzkiego, a kobiecego w szczególności, co pokazuje historia sztuki i literatury. W historii i prehistorii człowieka odkrywanie/zakrywanie miało rozmaite motywacje – najczęściej religijno-obrzędowe, magiczne, czasem ludyczne lub czysto pragmatyczne. Niewątpliwie odkrywanie/zakrywanie ciała miało też, wcześniejszą niż kulturowa, motywację czysto biologiczną, o czym przekonują biologia i etologia. Finezyjne zdobienie ciała (czasem była to nader okrutna finezja, ale ostatecznie także współczesne kobiety w celach zdobniczych kaleczą na różne sposoby swoje członki) i jego odkrywanie, taniec, śpiew godowy i inne formy nęcenia służyły od zawsze w pierwszym rzędzie reprodukcji gatunku. Dotyczy to całego bez mała świata zwierzęcego, chociać odnotować można ciekawe różnice, np. w świecie ptaków strojnisiami są zdecydowanie samce (na nich zresztą wzoruje się pewnie spory już procent współczesnych mężczyzn).

Zadajmy zatem paniom z kręgów feministycznych kolejne, niech będzie głupie, pytanie: czemu ma służyć ta powszechna dzisiaj kultywowana przez kobiety (od gimnazjalistek poczynając) sztuka eksponowania sporych fragmentów ciała? Wszakże ekspozycje owe obejmują coś więcej aniżeli tylko biusty i pępki? Czymże ów uzus jest motywowany? Względami …religijnymi? Ideologicznymi? Jest to zachowanie bezintencjonalne? Bzdura! Być może nasze drogie feministki jakąś ideologią się podeprą, zwrócą na przykład uwagę, że w historię kultury wpisane były od zawsze od zawsze – naprzemiennie – okresy naznaczone a to ostrą cenzurą i represją, a to odreagowywaniem systemów cenzuralno-represyjnych.

Może jednak nie czarujmy się tego rodzaju motywacjami i usprawiedliwieniami, bo wszakże chodzi o motywację najbardziej prymarną: strój kobiecy w funkcji estetyczno-erotycznej, bo nie uwierzę, że tylko estetycznej. Jakby na to nie patrzeć, wspomniana dziennikarka pewien cel osiągnęła, ba – już po tym całym zdarzeniu – zadzwonił do niej sam premier. Zakładam, że jako inteligentna i obyta w świecie osoba, wiedziała, co czyni, a jej zachowanie nie było zachowaniem bezrefleksyjnym. Tak wiele uwagi poświęcono po tym incydencie zachowaniu premiera, a jakby zapomniano, że było ono reakcją na zachowanie żurnalistki.

O ile krytycznie nastawione do świata feministki rzeczywiście zalecają mężczyznom zasadę „widzenia i niezauważania” w odniesieniu do kobiet, to zaiste odprawiają jakąś współczesną lekcję misjonarskiej hipokryzji. Bo chyba nie posuną się do sugerowania, że nagminne dzisiaj odkrywanie ciała przez kobiety w sytuacjach publicznych, także oficjalnych, jest absolutnie pozbawione erotyzmu? Że jest – poza grą wpisaną w relacje zachodzące miedzy światem męskim a kobiecym – także rodzajem finezyjnej i często cynicznej gry jednych kobiet z innymi kobietami? A celem każdej niewiasty, która tę grę podejmuje, jest nie tyle być widzianą, co być z a u w a ż o n ą?

W ostatnich kilkudziesięciu latach dziewczyny i kobiety zrzuciły powszechnie suknie, sukienki, spódnice, spódniczki czy inne kiecki i manifestacyjnie zaznaczyły swój status, wkładając dżinsy i tym podobne niby damskie portki. Ta zmiana kulturowa była (i jest) zapewne w jakimś stopniu manifestem i symbolem. Pozornie wygląda ona na pewien rodzaj maskulinizacji płci pięknej, pozornie ma służyć sprawie równouprawnienia płci, partnerstwu między płciami. Podkreślam przysłówek „pozornie”. Bo gdy przyjrzymy się, jakie to spodnie noszą współczesne dziewczyny i kobiety, i zauważymy oraz w jaki to szczególny sposób je noszą, zauważymy i w tym elemencie mody dominantę w postaci „funkcji eksponująco-ekspozycyjnej”, jak ją nazwałem. A że niewiasty niby (pozornie) zakrywają dół (pupa, uda, łono, łydki), należało wyeksponować górę (piersi, brzuch, pępek, plecy). W rezultacie manifest i symbol równouprawnienia stał się manifestem i symbolem totalnej rozerotyzowanej kobiecości i służy –jakby wbrew intencjom – zaznaczeniu odrębności płci.

Antropolog kultury i papież strukturalizmu, Cl. Levi-Strauss, badał egzotyczne (i nie tylko) kultury w kategorii relacji zachodzących między systemami znaków. W jego ujęciu nie tylko strój kobiecy, ale sama kobieta funkcjonuje w grupie społecznej jako znak. W większości badane przez autora „Myśli nieoswojonej” systemy społeczne (i kultury pierwotne) oparte były o zasadę matrylineażu, a podstawowe funkcje kultury analizowanej jako system znaków pozostających w skomplikowanych relacjach do innych znaków pozwalały dojrzeć prymarne funkcje tych kultur, takie jak na przykład zakaz kazirodztwa lub ściśle przestrzegana zasada reglamentacji kobiet. Były to społeczności bardzo małe pod względem liczebnym (dzisiaj już, niestety, prawie – jak np. Bororo z Amazonii – nieistniejące) i surowe przestrzeganie tych reguł było kwestią typu „być albo nie być” pierwotnych struktur i kultur. Instancją „odwoławczą” był mit i obrzęd.

Istnieją, rzecz jasna, zasadnicze różnice między tamtymi społeczeństwami i ich kulturami (przypominały zegary) a społeczeństwami i cywilizacjami współczesnymi (Cl.L.-S. porównywał je do pędzących lokomotyw). Niemniej badanie tamtych społeczeństw – stanowiących swoiste laboratoria do badań człowieczeństwa – służyło i służy także lepszemu rozumieniu społeczeństw wielkich, rozbudowanych, „masowych”.

Nie, nie będę proponował analizowania i badania pewnych współczesnych nam zachowań kobiet poprzez ich (zachowań) destrukturalizację do najbardziej elementarnych cząstek znaczeniowych, a więc „biustemów”, „pupaemów”, „udoemów” i „brzuchemów” w opozycji do jakichś „mocheremów” lub „barchanemów” i – rzecz oczywista – w opozycji do odpowiednich elementarnych „cząstek” męskich. Po to, aby z analizy tego rodzaju opozycji binarnych wyciągnąć bardziej generalne wnioski dotyczące „systemu”.
Porównując oba typy społeczeństw, zaryzykuję jednak pewne spostrzeżenie. Otóż taka a nie inna historia Europy i świata w XX wieku, przede wszystkim dwie wojny światowe i inne katastrofy cywilizacyjne, sprawiły, że w społeczeństwach europejskich od dawna mamy do czynienia z wyraźnym i postępującym deficytem mężczyzn. W Rosji jest to już prawdziwa tragedia narodowa. Być może zatem należałoby mówić o konieczności …reglamentowania mężczyzn i zgodzić się co do tego, że wspominane sposoby noszenia się kobiet współczesnych w cywilizacji Zachodu pełnią funkcję swoistego znakowego (symbolicznego) regulatora owej reglamentacji, jak i rywalizacji kobiet z innymi kobietami. Zdaję sobie sprawę, że przez niektóre z feministek mogę zostać nazwany „męską szowinistyczną świnią”. Niech będzie, ale niech mi nie wmawiają, że interesujące mnie w tym felietonie ekspozycje atrakcyjnych fragmentów kobiecego ciała pozbawione są funkcji erotyczno-seksualnej, że nie służą ingracjacji, a noszenie portek przez kobiety służy kobiecemu zdrowiu.

Funkcja estetyczna? I owszem, owszem. Wszystko niemal w kulturze zaczyna się od funkcji estetycznej, od brzydoty i szpetoty na ogół się odwracamy; od motywacji (inspiracji) estetycznej zaczęła się też, jak sądzę, wzrokowo-intelektualna przygoda premiera Tuska z dziennikarką, a raczej wysyłanymi przez nią określonym bodźcami… A że często sprawy nie kończą się na kontemplacji czysto estetycznej, to wiadomo.
Żal, że tak rzadko w dzisiejszych czasach można się dyskretnie obejrzeć na ulicy lub gdziekolwiek za przechodzącą sukienką lub spódniczką, brakuje, oj, brakuje tych ulicznych i nie tylko ulicznych wrażeń estetycznych. Dominują dżinsy i tp., lecz to już inna ideologia, inna estetyka.

Kończę tedy, tęskniąc za pełnią lata.

Michał Waliński

 

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s