Rzecz o pokrywaniu Afrykanek i pożądaniu małych dziewczynek arabskich

Kydryński.

Nie, nie „stary” Kydryński. Lucjan Kydryński znany był z „Podwieczorku przy mikrofonie”, festiwalu w Sopocie, gdzie tworzył jakże wdzięczną spółkę konferansjerską z Ireną Dziedzic, znaną także z „Tele-Echa” oraz „DTV” i paru innych. Lucjan – koneser piosenki francuskiej, oswoił Polaków z Aznavourem, Brellem i in. wielkimi francuskiej piosenki, co jest jego niewątpliwą zasługą. Znany z wielu manier, szczególnie z charakterystycznej, „francuskiej”, wymowy „r”. Mąż piosenkarki Haliny Kunickiej.

Nie, nie Juliusz Kydryński, brat Lucjana, wybitny tłumacz i pisarz. …

Kydryński.

Nie, nie „stary” Kydryński. Lucjan Kydryński znany był z „Podwieczorku przy mikrofonie”, festiwalu w Sopocie, gdzie tworzył jakże wdzięczną spółkę konferansjerską z Ireną Dziedzic, znaną także z „Tele-Echa” oraz „DTV” i paru innych. Lucjan – koneser piosenki francuskiej, oswoił Polaków z Aznavourem, Brellem i in. wielkimi francuskiej piosenki, co jest jego niewątpliwą zasługą. Znany z wielu manier, szczególnie z charakterystycznej, „francuskiej”, wymowy „r”. Mąż piosenkarki Haliny Kunickiej.

Nie, nie Juliusz Kydryński, brat Lucjana, wybitny tłumacz i pisarz.

Chodzi o syna Lucjana, Marcina, wybitnego (we własnym mniemaniu) globtrotera i fotografa, z zawodu demonstratora płyt z piosenkami w radiowej „Trójce”. Swoją drogą, znakomicie pasuje do licznego trójkowego zespołu męskich supermegalomanów o aksamitnych głosikach, którzy podobnie jak Marcin K., znają się na wszystkim, czyli na niczym, poza może wkładaniem krążków w odpowiednie bolce (wyłączam Wojciecha Manna – to chlubny wyjątek; no, może i Kaczkowskiego). Czy Marcin K. przyswoił dotąd narodowi jakąś muzyczną wartość, wątpię. Preferuje muzyczny misz masz, z czego raczej nic się nie wykluje. Przyznam, że jego coniedzielna popołudniowa „Sjesta” w progr. III PR ma pewne zasługi: zwykle zasypiam już po trzech minutach. Wzorem swojego taty –jednego z najbardziej znanych PRL-wskich celebrytów – Marcin K. jest „światowcem”. Ponadto – mężem piosenkarki Anny Marii Jopek, byłej solistki „Mazowsza”, pełniącym przy tym funkcję jej nadwornego tekściarza, gitarzysty barytonowego, fotografa i menedżera. Gwiazda A. M. J. w ostatnich latach jakby przygasła.

Zacząłem jak w „Pudelku” lub „Plotku”(nie czytam, ale słyszałem). Ciągnijmy zatem dalej.
Jakoś tak na jesieni portale poświęcone Afryce oraz portale feministyczne wypomniały Marcinowi K. jego książkę z roku bodaj 1995, a tytuł jej „Chwila przed zmierzchem”. Tytuł obiecujący, trzeba przyznać. Dwa lata później ambitną tę pracę wznowiono. Dzisiaj jest unikatem, za którym każą na Allegro płacić bajońskie sumy.

Jakoś tak z dwa tygodnie temu w czołowych portalach polskich pojawiły się sensacyjne „njusy” z paroma smakowitymi wyimkami z książki Kydryńskiego i – powtórzonymi za portalami afrykańskimi oraz feministycznymi – zarzutami sugerującymi, że autor to „rasista, seksista, a nawet pedofil”. No cóż, nie będę polemizował, bo Kydryński sam się podłożył, ale pewne zdziwienie budzi fakt, że przyłapano go i „pokryto” dopiero po kilkunastu latach. Tym bardziej że, jak pisze nasz wojażer w specjalnym oświadczeniu, powieść była kiedyś czytana w radiowej „Trójce” i nie wywołała rasistowsko-seksistowsko-pedofilskich reperskusji. Czytano ja wówczas w całości? Tego nie wiem.

Jakoś tak się bowiem złożyło, że Kydryński – po w.w. wydarzeniach – wystosował na swojej stronie internetowej specjalne oświadczenie. Ściślej mówiąc, dwa oświadczenia. W pierwszym, prawie natychmiast zastąpionym przez drugie, tłumaczył się dosyć arogancko i tupeciarsko. Najwidoczniej ktoś (może Anna Maria?) przetłumaczył mu, że tak „nie lzja,” i oświadczenie drugie jest już bardziej stonowane – coś tam o błędach młodości, że jest dzisiaj „innym człowiekiem” i jakieś przeprosiny skierowane do osób potencjalnie urażonych, lecz raczej jednak nie do małych Arabek i nieco większych Murzynek. Cóż można rzec? Że Kydryński głupio, a w dodatku nie po męsku się tłumaczy? Zaś fakt, że otrzymał ocenę niedostateczną z pierwszego „oświadczenia”, nie najlepiej świadczy o jego inteligencji? Aksamit w głosie, mamy jeszcze jeden argument, nie zawsze w parze idzie z potencją umysłową.

Inna rzecz, że dzisiaj wystosowywanie oświadczeń stało się czynnością nader powszechną, by nie rzec – trywialną.

Nie będę w tym miejscu cytował co pikantniejszych fragmentów z dzieła Kydryńskiego, obiegają one Internet i łatwo je odnaleźć, także w książce. Pewne odwołania prawdopodobnie okażą się niezbędne. Wypada wspomnieć, że Kydryński jechał przez Afrykę nie sam, ale w towarzystwie Marcina Mellera, dzisiaj naczelnego polskiego „Playboya”, którego męskość (playboya Mellera) co rusz wielbi i gloryfikuje w „Chwili przed zmierzchem”. Ot, pierwsza połowa lat 90., dwudziestoparoletni „chłopcy”, przedstawiciele ówczesnej bananowej młodzieży, wymyślili sobie eskapadę afrykańską. Oficjalnie, chodziło o pasje podróżnicze, poznawcze, fotograficzne. W rzeczywistości…

Był jeszcze ktoś. Była dziennikarka Olga Stanisławska, późniejsza laureatka Nagrody Kościelskich, ceniona reportażystka i pisarka. Gdzieś w połowie afrykańskiego buszu polska biała kobieta „się” zbuntowała i wróciła na ojczyzny łono. Nie pasowała do konwencji zdecydowanie męskiej przygody, panowie woleli penetrować łono Afryki. „Dziś myślę – pisze Kydryński – że obaj chcieliśmy sprowadzić Olgę do roli płochego dziewczęcia towarzyszącego dwóm słynnym globtroterom. Uważaliśmy tę podróż za naszą wyłączną własność, chronioną prawem autorskim.” Kydryński, pisząc o dwóch słynnych globtroterach, nie używa cudzysłowu, nie ma tu ani cienia autoironii. Dobrało się dwóch supermegalomanów!

Podejrzewać można, że Stanisławska zdecydowała się opuścić towarzystwo męskich szowinistów z paru powodów. Przerastała obu wiedzą o kontynencie, znajomością języków, łatwością nawiązywania kontaktów z tubylcami i innymi kompetencjami, może domyślała się, że ambitna w zamierzeniu podróż miała w rzeczywistości podtekst seksturystyczny – wątek barowo-dyskotekowo-burdelowy jest w książce wyraźnie i bez ogródek zaznaczony. Przecież Meller i Kydryński nie poprzestali na kontemplacji samego duchowego piękna Afryki i Afrykanek:

„Przyszła. Była zimna noc. Miała stanik w kolorze świeżej krwi i skórę prawie zupełnie czarną. (…) Jej pot miał smak piwa. (…) Gdy Maria wychodziła, spytałem ją: Czy jest coś, co mogę dla ciebie zrobić? – Wiedziałem, że teraz poprosi o pieniądze. Wszystkie to robiły. Tłumaczyły się zazwyczaj chorą matką albo namawiały na śniadanie. Nic nie odpowiedziała” – zwierza się narrator i bohater.

We wspomnianym „oświadczeniu” Kydryński powiada: „To była podróż do wnętrzności kontynentu. Jak najbliżej prawdy o nim i jego mieszkańcach.” Zaiste, tak pewnie było. Obecność białej kobiety zakłócałaby po wielokroć piękno jakże męskich doświadczeń i uniesień we wnętrzu Afryki oraz smak docieranie do prawdy. Czy Nagroda Kościelskich dla Olgi Stanisławskiej – za pisarstwo Afryce poświęcone – nie jest swego rodzaju policzkiem dla ich męskiej pychy?

„Afrykański fantom” Marcina Kydryńskiego, jak i jego reperkusje na forach internetowych zasługują, w moim mniemaniu, na chwilę refleksji. Niechcący poczyniłem w poprzednim zdaniu aluzję do znamienitego dzieła Michela Leirisa; powiedzmy od razu, że Leirisem Kydryński nie jest absolutnie. Leiris posiada wiele, wiele empatii dla tubylców.
Zastanówmy się, czy można ewentualnie …bronić afrykańskiego dzieła Marcina Kydryńskiego, a jeśli tak, to przy pomocy jakich argumentów.

Argument obyczajowo-językowy. Jest w Polsce wcale niemała grupa mężczyzn, którzy lubią, szczególnie we własnym gronie, bez żadnych zahamowań i z dużą dozą ekshibicjonizmu rozprawiać o swoich intymnych kontaktach z żonami, kochankami, konkubinami, dziewczynami, a całe niezwykłe bogactwo doznań miłosnych potrafią zmieścić w kilku zaledwie słowach, takich jak „posuwać” czy „ruchać” – lub bardziej plugawych. Tego typu wulgaryzmy są najprawdopodobniej jakąś emanacją równie wulgarnego i żenującego nadwiślańskiego „machizmu”. Jestem w „swoim”, męskim gronie – myśli taki jeden i drugi – widzę interesującą „laskę” („dupę”, „foczkę” etc.), muszę zatem natychmiast głośno zamanifestować swoją męskość rzucając, że tę to bym bym „poruchał” lub – delikatniej – „posunął”… Lub opowiada taki jeden z drugim, jak to ostatniej nocy „ruchał” czy „posuwa” taka czy inną. Oczywiście, w tych erotycznych fabulatach pomija się fakt, że tzw. wytrysk poprzedza u polskiego macho” tzw. preludium milosne. Rzecz charakterystyczna, ten sposób zachowania – nie wyłącznie językowego – niekoniecznie zależy od statusu społecznego, wykształcenia, ilorazu inteligencji i nie pocieszajmy się, że niżej podpisany ma na uwadze wyłącznie jakoweś męty społeczne.

W takim kontekście słowa pisarza Marcina Kydryńskiego – zgodzimy się – smakują i koją niczym miód:

„Czarne dziewczyny a Afryce są prawie zawsze dzikie. Jest to wynik wychowania w społeczeństwie zbudowanym na męskim przywódcy stada. Tak żyją lwy i goryle, tak żyją plemiona Czarnej Afryki. Ich dziewczęta mają wpisaną genetycznie nieufność. Są płochliwe jak małe antylopy, choć urodę dziedziczą po wielkich kotach. Nie nadają się do oswojenia. Mówią innym językiem nawet wtedy, kiedy używają tych samych co my słów. Najczęściej jednak nie mówią w obecności mężczyzn. Łaszą się. Albo polują, jak lwice. Takim polowaniem jest afrykańska prostytucja. Seks dla większości Afrykanek to jedyna radość życia. Używają go w sposób równie naturalny i spontaniczny jak zwierzęta. Jeśli nie pracują i nie kochają się – nuda je zabija. Często więc łączą te zajęcia. Ich prostytucja nie jest konsekwentna. Biorą pieniądze wtedy, kiedy ich potrzebują. Czasem proszą jedynie o śniadanie. Częstokroć proszą tylko o to, by je wziąć. A są nie do wyobrażenia piękne. Nie sądzę, by znalazł się zdrowy mężczyzna, który umie oprzeć się ich urokowi. Nie jest to bowiem wdzięk ludzki, do którego przywykliśmy, ale zwierzęcy. Te dziewczyny proszą, by je pokryć. Zaczynają wtedy pachnieć inaczej, nagle, jak rozkrojone owoce. Wszystko w nich gada o zbliżeniu, oczy, usta, dłonie. Wreszcie mówią wprost tak, jak formułowałby to kocie samice, gdyby potrafiły mówić.”

Pięknie pisze Kydryński, prawda? Jest to narracja o niebo afrykańskie lepsza od codziennych narracji naszych typowych „machos” – nie tylko dlatego, że nie ma tu mowy o „ruchaniu”, ale mówi się jakże kompetentnie o „pokrywaniu”[kobiet?]. Nie może się nie podobać subtelność metafor i porównań zrównujących Afrykanki ze zwierzęcymi samicami. Autor wie, co mówi, bo takie kobiety (zawsze chętne, by je pokryć) spotykał on w Nairobi, Mombassie, Ugandzie. Nie tylko spotykał, ale i „pokrywał”, przecież pot Marii „smakował jak piwo”. W dodatku, wszystko na to wskazuje, „brał” ją za darmo, ona zaś czyniła to ze względu na męskość jego Białych wdzięków, a kierował nim (nimi?) – cytuję – „atawizm. Jako sublimacja żądzy spółkowania ze zwierzętami.”

Nie, chyba nie obronimy Kydryńskiego przy pomocy takich argumentów. Nie wystarczy „ruchanie” zastąpić „pokrywaniem” czy „braniem” [jej]. Niepokoi nie tylko pot Afrykańskiej kobiety skojarzony akurat z piwem. Trwoży – zrównanie kobiety ze zwierzęciem i jakiś posmak zoofilii w tych ekshibicjonistycznych wynurzeniach, co zdecydowanie przekracza granice dobrego smaku i obyczaju.

Argument poprawnościowo-polityczny. Ten punkt można by ująć bardzo krótko: pisarz i „słynny globtroter” Marcin Kydryński miał pecha, bo swoje dzieło wydał w czasach, kiedy na dobrą sprawę w Polsce jeszcze nie istniało pojęcie poprawności politycznej. Rok 1995 – rok denominacji złotego, wygranej Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich, początku sprawy Oleksego, tragicznego w skutkach wybuchu gazu w budynku w Gdańsku, Polska nie była jeszcze w Unii. Wtedy nie myślało się o pewnych sprawach w kategoriach poprawności politycznej.

Wypomniano Kydryńskiemu niestosowność pisarskich i umysłowych zachowań w latach 2010-2011, kiedy na tzw. poprawność polityczną w naszym przaśnym ciągle kraju zwraca się uwagę nader często.

Powiedzmy sobie szczerze – A.D. 2011 to pojęcie na pewno nie jest pojęciem, które można utożsamić z „powszechnie” aprobowanym przez Polaków autentycznym sposobem myślenia o pewnych sprawach i zachowaniach, jest ono bardziej swoistym „narzędziem” używanym przez dziennikarzy i polityków, po części inteligencję i intelektualistów, a najczęściej – rodzajem „haka” politycznego. „Poprawność polityczna” w zachowaniach werbalnych i innych napotyka w Polsce na prawdziwą drogę krzyżową w postaci charakterystycznej dla naszej mentalności nietolerancji, uprzedzeń, narodowych dewiacji, patriotycznego oszołomstwa (ciągle żywotny mesjanizm). Daleka droga do wyplenienia z polskiej mentalności „ruskich”, „żółtków”, „Cyganów”, „Żydów”, „masonów” i „cyklistów”.

Dlatego w recepcji społecznej książki Kydryńskiego widać wyraźny hiatus. Ogromna liczba internautów wyraża się o niej nader pochlebnie, co łatwo sprawdzić na forach. Reakcje negatywne wzbudziła na portalach feministycznych, „antropologicznych” i – podejrzewam – w pewnych (wąskich) kręgach politycznych.

Bo między prawdą a Bogiem, tzw. poprawność polityczna bywa denerwująca. W niektórych stanach Ameryki Północnej doszło już do tego, że cenzuruje się ze względu na nią książki Marka Twaina i wywala z „Hucka” i in. różnych „Czarnuchów”. Niebawem przyjdzie czas na Faulknera i Caldwella. A w Polsce – na „Lalkę” Prusa i „Nie-Boską komedię” Krasińskiego. W polskich bibliotekach i księgozbiorach przyszli cenzorzy od „poprawności politycznej” będą mieli zresztą bardzo dużo pracy. A ja po prostu się boję, że dożyję czasów, kiedy powiem do synka: „Jasiu, przestań cyganić!” i wlepią mi 50. tysięcy kary za obrażanie Romów. A jak powiem: „Jasiu, nie fanzol!”, to pobiją mnie Ślązacy, bo bezprawnie i w dodatku ironicznie użyłem ich j ę z y k a. Jak będzie w przyszłości brzmiał tytuł znamienitego dzieła Ficowskiego? „Romowie na polskich drogach”? Nieco fałszywie, nieprawdaż?

Wszystko zatem jest kwestią granicy (zawsze podziwiałem genialne intuicje filozofów przedsokratejskich). Czy j a jestem zobowiązany tolerować wszystkie zachowania kulturowe Afrykanów, Wietnamczyków i Portorykańczyków obecnych tu w Polsce? Czy „Lalka” i „Nie-Boska” z kontekstem antysemickim nie są dokumentami swojej epoki, podobnie jak świetne powieści Twaina? Na pewno jednak nie mogę pozostać obojętny na rasistowskie treści napisów kibolskich na stadionach, na bicie „kolorowych”, na próby zafałszowania (w imię rzekomego honoru Polaków) historii typu Jedwabnego i in. Jak i – szczególnie – nie mogę zaaprobować nazywania kobiety (Białej, Czarnej, Żółtej, Czerwonej) zwierzęciem.

Pojęcie poprawności politycznej jest dla oceny zachowań młodego Kydryńskiego mało przydatne. Mamy tu do czynienia raczej z kwestią kultury osobistej człowieka (a może przede wszystkim problem psychiatryczny). W swoim oświadczeniu Kydryński zrzuca winę na błędy młodości. Cóż, wszyscy na ogół popełniamy wiele błędów w młodości. Mnie dziwi pewien anachronizm tkwiący w tych afrykańskich błędach: młody 25-letni chłopak wciela się w skórę i język białego kolonizatora z XIX lub pierwszej połowy XX wieku…

A poza tym można było bardziej po męsku, uczciwiej przyznać się do błędu.

Argument literacki. We wspomnianym oświadczeniu Kydryńskiego zauważymy zawoalowaną aluzję do dzieła J. Conrada. „Żyliśmy, jedliśmy, spaliśmy, podróżowaliśmy jak Afrykanie. Na tych sześć miesięcy staliśmy się, z konieczności, Afrykanami. Wędrowaliśmy nie, jak dziś zdarza się często także i mnie, elegancko zamiecionymi ścieżkami. To była podróż do wnętrzności kontynentu.”

Nieco śmiesznie by to brzmiało, gdyby Kydryński na serio usprawiedliwiał swoje niegdysiejsze czyny i sposoby myślenia zetknięciem z …jądrem ciemności. Conradem to on na pewno nie jest. Marcinowi-narratorowi powieści (porte-parole autora) daleko do skomplikowanej i złożonej historii i osobowości Kurtza, a drugi z Marcinów nie jest bynajmniej jego Marlowe’m, a raczej playboyem. Jedna z bardzo wielu warstw paraboli Conrada dotyczy procesu tubylczenia Białych, rzuconych przez brytyjski imperializm na długie lata do wnętrzności Afryki. Kurtza musimy postawić na o wiele wyższej półce (nie tylko literackiej) od bohatera książki Kydryńskiego; przypomnijmy, że cała wyprawa „ratunkowa” Marlowe’a jest symbolicznym odzwierciedleniem poznawania drugiego człowieka (w tej warstwie „Jądro ciemności” to niezły traktat z teorii poznania), a sam Kurtz, przy całym swoim „stubylczeniu”, zdziczeniu przyjął, zaakceptował pewne wartości charakterystyczne dla Czarnej Afryki. Owszem, również w paraboli Conrada pojawia się Czarna Kobieta przeciwstawiona Kobiecie Białej, ale cassus Kurtza nie jest wyłącznie (jak cassus porte-parole Kydryńskiego) li tylko, a właściwie prawie w ogóle nie jest przypadkiem seksuologicznym. Kydryński nie stawia – nawet implicite – pytania „Kim jest człowiek?”, „Czym jest człowieczeństwo?” i nie docieka, jak kruche jest owo człowieczeństwo, ale kroczy ścieżką chuci i rui. Faktycznie, brudną, niepozamiataną. Powoływanie się więc na Conrada byłoby zwykłą bezczelnością. Droga do wnętrza Afryki obu młodzieńców Marcinów bardziej kojarzy mi się z tym, co po wytężonym tygodniu pracy wyprawiają od piątku wieczór do niedzieli rano współcześni yuppies w klubach i innych balangach. Białe kołnierzyki, czarne dusze – jak mawiał niegdyś świetny felietonista Hamilton. Po prawdzie, najbliżej im do wspomnianych wyżej speców od „ruchania”.

Przywoływać w kontekście dzieła Kydryńskiego reportaże Kapuścińskiego to również nadużycie. Nie ma chyba żadnego wspólnego punktu widzenia, postrzegania świata między „Hebanem” a „Chwilą przed zmierzchem”, to nie tylko kwestia literatury (reportażu), ale kwestia pisarskiej mądrości. „Heban” utkany jest z wątków rozlicznych obserwacji szczegółowych, trzeba umieć zauważyć te właśnie, a nie inne szczegóły, to pewien szczególny dar. Szczegóły te służą syntezie – uogólnionym i zawsze celnym sądom Kapuścińskiego na temat Afryki i świata. Kydryński jest raczej „dedukcjonistą” – zauważa piękną Afrykankę lub takąż dziewczynkę arabską, kojarzy mu się ona z pięknym zwierzęciem i – by to zweryfikować – idzie w kierunku (wiadomo jakich) „szczegółów”.

Karen Blixen? „Pożegnanie z Afryką” przywodzi na myśl – poprzez specyfikę opisów przyrody afrykańskiej i temat – pojęcie kiczu, to prawda. Jest to jednak ten rodzaj szlachetnego kiczu, który z książki czyni swoiste arcydzieło. Coś takiego zdarzyło się z naszym „Panem Tadeuszem”…

Książka Kydryńskiego natomiast jest niekontrolowaną erupcją zwykłego grafomaństwa. Grafomania bardzo często idzie w parze z erotomanią. Niemal powszechna i bezkrytyczna aprobata dużej części społeczności internetowej dla tego dzieła nie dziwi. Jest to dzieło w pewnym sensie prekursorskie wobec modelu rozrywki, jaką od lat oferują masom media w III Rzeczypospolitej. Rzekomo takie właśnie jest zapotrzebowanie mas.

Inna sprawa, że w ostatnich latach rozpleniło się w Polsce tego typu wyczynowe „pisarstwo” lub „dziennikarstwo” telewizyjne. Ktoś ma pieniądze (a raczej „kasę”) lub zdobywa pieniądze, jedzie w świat, w jakiś interior daleki, ale na krótko, jedzie z myślą jedną, jedyną: wydać książkę z podróży (film), ogłosić światu wrażenia i przemyślenia swoje, zaistnieć i może załapać się na jakiś etat w TV. Karierę jakąś zrobić. Masowa publiczność uwielbia dyletantów. To, że Cejrowski bije na głowę dociekliwością antropologicznokulturową grafofilmomanię telewizyjną pani Wojciechowskiej Martyny nie jest żadnym pocieszeniem. Niżej podpisany wzdycha do czasu Fiedlerów, Wolanowskich, Budrewiczów. A nawet Szklarskiego.

Przy pomocy argumentów literackich także nie obronimy Kydryńskiego.

Argument antropologiczno-kulturowy. Argument właściwie niemożliwy do wykorzystania w celu obrony seksturystycznego przewodnika Kydryńskiego. Dzieło nie wskazuje na głębszy kontakt autora ze zdobyczami XX-wiecznej amerykańskiej antropologii kulturowej czy brytyjskiej antropologii społecznej. Gdzież mu tam do eseistycznego piękna i mądrości „Smutku tropików” Levi-Straussa („Antropologię strukturalną” przemilczę) czy uroczego antropologicznego bałamucenia w stylu „Wzorów kultury” R. Benedict.

Jeśli przywołuję argument antropologiczny, czynię to ze względu na głośny przypadek dzienników największego z brytyjskich antropologów kultury, Polaka Bronisława Malinowskiego. „A Diary in the Strict Sence of the Term” to osobisty, intymny dziennik badacza pisany w latach 1908-1918 w różnych częściach świata, od Polski poczynając. Valetta Malinowska, wdowa po wybitnym uczonym zdecydowała się, raczej wbrew woli śp. Autora, wydać w roku 1967 część tego ogromnego dzieła pisaną na Nowej Gwinei (w Polsce od paru lat dysponujemy, dzięki pracy antropolożki Grażyny Kubicy, pełnym wydaniem „Dziennika”).

Wydanie angielskie wywołało coś w rodzaju skandalu w środowiskach naukowych i zapoczątkowało trwająca kilkadziesiąt lat gorącą, dyskusję. Bardziej ostre jeszcze dyskusje toczyły się w kuluarach. Odbiorców książki szokował fakt, że w zapiskach Malinowskiego niewidoczna jest postulowana przez antropologię XX-wieczną, a więc i przez autora „Życia seksualnego dzikich” zasada tolerancji, że brak w nich empatii wobec Trobriandczyków, że pisze o nich jako o „dzikusach” i „cholernych czarnuchach” (w kuluarach naukowych dyskusji pojawił się nawet zarzut rasizmu), że wbrew mitowi, jaki stworzył, nie uczestniczył w życiu tubylców, owszem, rozbił namiot pośrodku wsi i z tej perspektywy obserwował to życie, korzystając ponadto z doniesień informatorów tubylczych (a dobrze poznał ich język), że na co dzień bardziej cenił sobie towarzystwo Europejczyków. Niektórzy krytycy ze szczególną zajadłością rzucili się na fragmenty dotyczące seksualnych frustracji badacza. Porównywano go ze wspominanym już Kurtzem, bohaterem Conradowskiego „Jądra ciemności” („Raport” Kurtza).

A jednak, co wykazali najuczciwsi z recenzentów i komentatorów „Dziennika” (Stocking, Danilewiczowa, Ossowska, Firth, Leach, Wax), zarówno „Dziennik”, jak i jego autora można zrozumieć i wytłumaczyć. Np. na słowo „nigger” jesteśmy skłonni patrzeć z pespektywy dzisiejszych norm „poprawnościowo-politycznych”, a Malinowski wściekał się, gdy tubylcy go oszukiwali, ponadto był zobowiązany do przestrzegania rygorystycznych norm postępowania wyznaczonych przez brytyjską politykę kolonialną. Co ważniejsze: empatia, tolerancja – tak, ale chodzi tu o „empatię metodologiczną”, a nie …etykę ewangeliczną. Dzięki „Dziennikowi” Malinowskiego antropologia kultury zajęła się pomijaną dotąd kwestią problemów seksuologicznych badaczy pracujących przez lata w terenie. „Dziennik” Malinowskiego w nowatorski (i absolutnie szczery) sposób pokazał samotność antropologa, jego ambiwalencje, frustracje, dał wgląd w jego „ja”, pokazał, jak trudny jest obiektywizm w antropologii, z którego rodząca się w XX wieku nowoczesna, „niegabinetowa” antropologia kultury in statu nascendii zdawała się być tak dumna… „Dziennik” pokazuje pewien rodzaj „chaosu etnograficznego”, z którego dopiero zrodzą się perfekcyjne, uporządkowane monografie, zapoczątkował zresztą nowy, krytyczny, „modernistyczny” nurt w XX antropologii kultury.

[W tym miejscu warto polecić wartościową pracę G. Kubicy „Skandal jako czynnik przemian” poświęcona recepcji „Dziennika Malinowskiego – http://www-is.phils.uj.edu.pl/publikacje/PDF/dzienniki.pdf

Zestawienie Marcin Kydryński – Bronisław Malinowski brzmi śmiesznie, wręcz niepoważnie. A jednak…

Jeśli procesowi stubylczenia, „skurtzowienia” uległ w jakimś stopniu wielki antropolog, to niepokój budzić może łatwość i jednostronność, z jaką „tubylczeją” niektórzy współcześni vojażerzy. „Dziennik” Malinowskiego niewątpliwie był istotną formą autorefleksji, spełniał funkcję terapeutyczną, był pomocny w walce badacza o zachowanie dystansu wobec siebie (osoby, badacza). Celem wielu dzisiejszych globtroterów (piszących i filmujących) wydaje się być czysty ekshibicjonizm, co publika uwielbia bez względu na to, czy o podróże seksualne, czy kulinarne chodzi.

Ale jest jeszcze inny problem. Żyjemy w kraju słynnym z nietolerancji, ksenofobii, lęku przed obcymi. Owszem, niemal masowo jeździmy po świecie, ale te nasze podróże mają głównie charakter „kolekcjonersko-pamiątkarski”, są na ogół bezrefleksyjne, a już na pewno bezautorefleksyjne. Kolekcjonujemy „zaliczone” ładne widoczki, zaliczone plaże, kościoły, knajpy, palmy, krokodyle, dyskoteki, kolekcjonujemy zaliczonych papieży i – rzadziej – zaliczone muzea czy galerie sztuki, opery czy filharmonie, teatry czy księgarnie. Kolekcjonujemy fotki, które obowiązkowo wkładamy do „Fejsbuków” i „Jutjubów”, jako dowód naszego obycia w świecie. Fotkami tymi zamęczamy rodziny, znajomych.

Tymczasem to sam świat coraz widoczniej przychodzi do nas, czego na razie jakby nie dostrzegamy. Jak będzie wyglądało nasze „narodowe” samopoczucie, kiedy kilkaset tysięcy Chińczyków i Wietnamczyków, dziesiątki tysięcy Czeczenów i Ukraińców – już funkcjonujących i zakorzenionych w naszym kraju – zamienią się w miliony? Czy zademonstrujemy światu jakiś nowy, dotąd nieopisany rodzaj narodowego „stubylczenia” wśród obcych?

Argument „prawa naturalnego” i argumenty jego krytyków. Może zatem z racji etyki słusznego osądu lub jej krytyków wybronimy Kydryńskiego?

Rzecz jasna, z perspektywy ortodoksyjnie pojętego „prawa naturalnego” („etyki naturalnej”) intymne fantazje i wynurzenia Kydryńskiego nie mają szans na jakąkolwiek aprobatę. Idea prawa naturalnego powstała w starożytności, ale swój renesans przeżyła w okresie scholastycznym średniowiecza, zwłaszcza za sprawa św. Alberta i św. Tomasza. Po drodze „rozmyła się” mocno, tak jak „rozmyło się” pojęcie tego, co „naturalne”. Odżywa w encyklice papieża Pawła VI (Humanae Vita), jest obecna w myśli kolejnych papieży.

Moralnie słuszne, a więc dobre, jest wszystko to, co jest zgodne z naturą, dlatego „dobro należy czynić, a zła unikać.” (św. Albert). Jeśli zatem akt miłosny ma służyć wyłącznie prokreacji, a uciechy burdelowe, nawet z Murzynkami czy Arabkami, raczej temu nie służą, to kopulując z Murzynkami i in. nie w intencji spłodzenia potomstwa, ale dla przyjemności, czynimy zło, a nie dobro, bo zachowujemy się jak … zwierzęta. Ergo, nie tylko Afrykanki, jak dowodzi Kydryński, są „zwierzętami”, ale i niektórzy spółkujący z nimi w pewnych określonych sytuacjach. Tak chyba by to ujęła etyka słusznego osądu. I „grzechu” nie złagodziłby nawet fakt, że spółkujący spółkowali społem w sposób naturalny, bez prezerwatywy, wkładek, kremów etc. (co z AIDS, spytajmy przy okazji?).

Problem jednak w tym, że „etyka naturalna” opiera się na nader wątpliwych podstawach i argumentach. Tylko chyba w zakonach można było coś takiego wykoncypować!

Gdy nazwę jakiegoś ludzkiego osobnika – z pewnych powodów – „zwierzęciem”, nie mogę być pewny, czy nie wyrządzam krzywdy moralnej przedstawicielom, osobnikom świata zwierząt, ale nie-ludziom. Pierwszy wielki kryzys „prawo naturalne” przeżyło za sprawą Oświecenia. Drugi – za sprawą rozwoju nauki w XIX i szczególnie XX wieku.
Współcześni teologowie, choćby nie wiem jak się starali, nie są prawdopodobnie w stanie odeprzeć kontrargumentów, jakimi dysponuje rozwijająca się od drugiej połowy XX wieku etologia. Któż dzisiaj pamięta ferment umysłowy, jaki towarzyszył lekturze głośnych prac K. Lorentza i jego ucznia oraz współpracownika W. Wicklera?

Wickler jest człowiekiem głęboko wierzącym, ale w swojej książce podaje uczciwie, obiektywnie szereg argumentów z obserwacji zachowań zwierzęcych, które kwestionują sens etyki zwanej naturalną. A więc i pewne encykliki papieskie. Kiedy zauważymy, że w świecie zwierzęcym są częste „obyczaje” kopulacji nie dla prokreacji, rytuały niby-kopulacji hetero- i homoseksualnej (w jednym stadzie zwierząt, przez tych samych kopulantów), że możliwe są zachowania reprodukcyjne bez kopulacji, że nasz europejski zwyczaj pozostawiania niemowląt samotnych w łóżeczkach jest czymś wyjątkowo nienaturalnym, że moda mini czy topless ma wiele wspólnego z „życzliwymi” sygnałami wysyłanymi przez pewien gatunek zięby, że wybitna i eksponowana także przez kulturę (w różnych funkcjach) rola pośladków kobiecych w męskiej percepcji ma swoje naturalne (zwierzęce) uwarunkowania etc., etc., to wtedy na pytanie zawarte w tytule książki Wicklera („Czy jesteśmy grzesznikami?”) trzeba odpowiedzieć, że w pewnym sensie tak, jesteśmy (bez względu na to, jak nieostre jest pojęcie „grzechu”), a „prawo” naturalne – rzekomo wpojone ludziom przez Boga – obnaży całą swoją nienaturalność, na pewno zaś nie odpowie na pytanie, co jest „dobre:”, a co jest „złe”. Na pewno też nie znajdziemy w etyce naturalnej argumentów przeciw prezerwatywie, in vitro, a może i celibatowi. Oto swoisty paradoks!

Biorąc pod uwagę nieopisaną różnorodność zachowań (szczególnie reprodukcyjnych i z reprodukcją związanych) przedstawicieli świata zwierzęcego, można by oczywiście „bronić” (usprawiedliwiać) pewnych zachowań osobników męskich i damskich ze świata ludzkiego. Lorentz we wstępie do książki Wicklera zauważa, że „niektórzy skądinąd nawet wysoce etyczni mężczyźni uważają się za zwolnionych od wszelkiej moralnej odpowiedzialności w stosunku do obiektów swych popędów płciowych: >>All is fair in love and war<< – powiada angielskie przysłowie (…)”.

Z punktu widzenia etyki Kanta, wszystko, co naturalne, jest moralnie obojętne, ani dobre, ani złe – i etologia zdaje się to potwierdzać.

Jednak tak czy siak, nasze zachowania mogą i często muszą być oceniane z poziomu kultury, a jak mądrze zauważył A. Gehlen, „człowiek jest istotą kulturową z natury.” Superego czuwa nieustannie, bo musi – dopóty, dopóki chcemy pozostawać na poziomie kultury.

Niechcący przywołałem jeszcze jeden argument.

Argument psychoanalityczny. Wszyscy ludzie, nie tylko dorośli, ale i dzieci, miewają sny i dzienne fantazje seksualne. Większość ludzi nie zwierza się z nich nikomu.

Na Marcina Kydryńskiego – autora i bohatera – oczekuje być może jakaś Freudowska kozetka.

***

Dlaczego jednak sprawę nagłośniono dopiero teraz, po latach, zapytam?

Żyję w kraju, który żyje i podnieca się od zawsze teoriami spiskowymi. Teorie spiskowe są produktem tłumu. „Myślenie” tłumu jest irracjonalne, tłum kieruje się stereotypami i instynktami. Tu 154 zestrzelili pod Smoleńskiem Ruscy i nikt mi nie powie, że było inaczej… Jak pisali staruszek Le Bon lub staruszek Tarde, zachowanie tłumu jest somnambuliczne i zaraźliwe. Być może i mnie zatem udziela się czasem skłonność do ulegania teoriom spiskowym. Niewykluczone zatem, że „zahaczono” Kydryńskiego po to, aby „dowalić” Marcinowi Mellerowi. Bo otóż Meller zachował się nie tak dawno prawie jak papież i wystosował orędzie skierowane przeciw PO, a dzisiaj mówienie przeciw PO jest niepoprawne politycznie, co zresztą idzie w parze z kokieteryjną modą rodzimych salonów.

Napisałem: Meller „jak papież”. Powinno być: jak bufon. A może chciano dołożyć obu panom Marcinom? Państwo Kydryńscy zdają się od dawna sympatyzować z partią opozycyjną.

Ale w końcu nie to jest najważniejsze.

Michał Waliński

PS. Zob. http://afryka.org/?showNewsPlus=5514

http://www.feminoteka.pl/readarticle.php?article_id=876

http://nocoty.pl/gid,13142184,img,13142210,kat,1013545,title,Kydrynski-sie-tlumaczy,galeria.html?ticaid=6be18

Reklamy

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Rzecz o pokrywaniu Afrykanek i pożądaniu małych dziewczynek arabskich

  1. 16Siko15rek pisze:

    Dziękuję i pozdrawiam.

    Polubienie

  2. anonymous pisze:

    Anonymous writes:Hello Dear.My Name is Miss sandra, i saw your profile today and became interested in you,i will also like to know you more,and if you can send an email to my email address,i will give you my pictures here is my email address ( sandra1_johnson@ymail.com ) I believe we can move from here! Awaiting for your mail to my email address above sandra.( Remember the distance or age or color does not matter but love matters a lot in life ( sandra1_johnson@ymail.com )

    Polubienie

  3. anonymous pisze:

    Marta writes:Swietny tekst 🙂 Przeczytalam z przyjemnoscia. Co do "Sjesty", mam identyczne zdanie.A na teorie spiskowa wpadl tez niejaki Adam Bula piszacy w "Polska. The Times":http://www.polskatimes.pl/opinie/370479,pedofilia-wyksztalciucha,id,t.htmlPozdrawiam.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s