Do opłatka wystąp! Bieeeegiem marsz! (wersja niepełna)

Jak Polska długa i szeroka, zaczął się sezon na doroczne spotkania zwane "opłatkiem", „spotkaniem wigilijnym", "wigilią" [szkolną, włókienniczą, wydziałową, rektorską, dyrektorską…] itd. W Sejmie, sejmikach, urzędach wszelkiej kategorii, korporacjach, uniwersytetach, maglach, szkołach, szklarniach, domach schadzek, szpitalach, sądach, przybytkach spokojnej jesieni, a pewnie i przedszkolach oraz żłobkach. Sezon "opłatkowy" potrwa, jak dobrze pójdzie, co najmniej do końca lutego, a w porywach do kwietnia. Chyba że po drodze będzie Wielkanoc, nie sprawdzałem jeszcze kalendarza za rok 2011, żyję i cieszę się chwilą obecną, że trwa. …


Po roku 1989 narodziła się oto nowa tradycja, ni to świecka (chodzi w końcu o instytucje państwowe i niekościelne), ale z wybitną domieszką akcentów religijnych, nowy obyczaj, a może tylko zwyczaj, bogato jednak inkrustowany pseudorytami.

Dobry szef zadba, aby imprezę opłatkową uhonorowali ważni i znaczący goście, a ich „znaczącość” jest wprost proporcjonalna do pozycji szefa. Muszą oni, ci goście, obowiązkowo reprezentować stronę świecką i duchowną. W zależności od znaczenia firmy czy instytucji może to być zwykły ksiądz, nawet wikary, i radny miejski lub sołtys, poseł na sejm i proboszcz, wiceprezydent miasta i biskup, i td. – aż do prymasa, nuncjusza wraz z premierem, marszałkiem sejmu i prezydentem państwa w sferach najwyższych.
A że to „opłatek”, dobrze jest, aby reprezentacja duchownych procentowo przewyższała reprezentację ważnych gości świeckich. Najlepiej obstalować sobie biskupa, mamy jak w banku, że przyjedzie z okazałą świtą. W tym kraju nikt nigdy nie zarzuci szefowi, że dążąc do lekkiej w tym zakresie dysproporcji, przegina. Brak ważnych gości z jednej i z drugiej strony świadczy natomiast (mówiąc językiem Kazimierza Kutza) o dupowatości szefa. Pewien typ nieproporcjonalności, np. jest na opłatku ktoś z urzędu miejskiego, ale nie ma duchownego, sugeruje, że szef (szefowa) ma kłopoty, jest na wylocie etc, a w najlepszym razie świadczy o braku elementarnych umiejętności dyplomatycznych. Lub desperacji.

Udział w spotkaniach opłatkowych jest niby dobrowolny, ale tak jakby obowiązkowy, bez względu na to, czy wstęp zapewnia specjalne zaproszenie na ozdobnym kartoniku, czy wystarczy po prostu ustne zaproszenie szefa lub kartka na tablicy informacyjnej. Obowiązek dotyczy oczywiście wszystkich pracowników danej firmy/instytucji, pracowników i uczniów, jeśli to szkoła, a nie dostojnych gości. Są instytucje, gdzie sprawy obecności „reguluje się” specjalnymi zarządzeniami, okólnikami, a zwykła masa pracownicza musi deklarować udział własnoręcznym podpisem. Lepiej mają się ci, którzy „bywają” w świecie i żaden opłatek im niegroźny.

Obowiązuje na tych opłatkowych spędach strój uroczysty – panie w najlepszych kreacjach, panowie pod garniturem i krawatem. Obowiązuje też określony konwenans, poetykę opłatkowych mitingów określiłbym jako bankietowo-knajpiano-kruchciano-wigilijną, z wyraźną domieszką folkloryzmu („cepeliady”). Nie kpię bynajmniej. Jakże często się zdarza, że dzieleniu się opłatkiem (po katolicku? po staropolsku?) i obcałowywaniu (po chrześcijańsku? po staropolsku?) towarzyszy modny katering z obowiązkowym „suszi”. Śledziki z kateringu, makowiec z kateringu, a może i sam opłatek z kateringu. Lub z „suszi”. Sumienie też z cateringu?

Pomijam wcale nierzadkie w dzisiejszej Polsce sytuacje, gdy dana „wspólnota” dzieli się opłatkiem w knajpie lub innych ciekawych miejscach. Bogata firma, która ma dobrych „piarowców” lub „kulturalno-oświatowych”, może wynająć kilka helikopterów, zorganizować skoki spadochronowe z opłatkiem lub wyposażyć swoich pracowników w płetwy, okulary, butle z tlenem, by podzielili się bożym chlebkiem pod wodą. Nie daj Bóg na Mazurach (zima), obowiązkowo w jakichś morzach południowych.

Współczesne spotkania opłatkowe nie są "produktem" jednej homogenicznej tradycji, ich styl jest zlepkiem różnych zwyczajów, zachowań, konwencji i przyzwyczajeń, a więc jest to styl na sposób jarmarczny czy studniówkowy heterogeniczny. Jeśli ktoś zna Sosnowiec, to „Dorjan” może robić za modelowy przykład. Styl kiczowy, bo przecież nie wysokoartystyczny, szczególnie że Polacy gustują w świecidełkach, a w umiejętności wspólnego śpiewu, zatem i kolędowania, blado i komicznie wypadają przy takich Czechach dla przykładu, Anglikach lub Niemcach.

Wypada zauważyć, że poszczególne instytucje lub firmy wykształciły swoje własne style i tradycje „opłatkowania”. Nie będzie Staszic pluł nam w twarz, u nas jest dostojniej i piękniej na opłatku, i samego biskupa mamy – parafrazuję zasłyszaną wypowiedź, a rzecz dotyczy ostrej rywalizacji opłatkowej między dwiema kopalniami lub szkołami. W jednych instytucjach gromadzą się wszyscy, od sprzątaczek i cieciów po głównego szefa, w innych poszczególne grupy pracowników bawią się na opłatku oddzielnie, w zależności od hierarchii i „subkulturowo” łamią się znakiem jedności z firmą. Niech, dziady, swoje miejsce w szeregi znają!

W każdym razie w wyznaczonym dniu ludzie i goście schodzą się na imprezę opłatkową na ogół punktualnie, narasta gwar, w końcu to doskonała okazja do wymiany "poglądów" na temat innych, narasta swego rodzaju napięcie, bo a nuż szef się potknie w drodze do mikrofonu lub zapomni przemówienia i będzie się jąkał albo ważny gość przyjdzie na rauszu, potem duchowny wygłosi słowo boże, uświęci to, co da się w tych warunkach uświęcić, przełamie z szefem opłatkiem i wszyscy nagle zaczną się przełamywać, obściskiwać, obcałowywać, obsmarkiwać, łzywyroniwać, i wszyscy zaczną wszystkim życzenia wszystkiego najlepszego składać, i raz jeszcze życzyć sobie wzajemnie wszystkiego "dosiego", "żeby nam się", "żeby bozia dała", "zdrówka", "wnucząt" i "wnusi", i jeszcze raz, raz jeszcze "zdrówka" (Polacy kochają zdrobnienia) – i wszyscy na ten moment absolutnie się kochają, ach, jak się kochają, są wszyscy żywym dowodem wzajemnej życzliwości, i bezdennej miłości bliźniego, wszyscy są krynicami empatii, tolerancji i namacalnym przykładem na funkcjonowanie w praktyce wszystkich, ale to wszystkich absolutnie cnót ewangelicznych, i wcale rzecz jasna nie szkodzi, że w duchu wielu dzielących się w tym momencie opłatkiem myśli zupełnie inaczej („A żeby cię tramwaj przejechał, ty…”, „Ja ci jeszcze pokażę, ty…”).

Wspólne śpiewanie kolęd? W praktyce zastępuje je płyta CD, a w szkołach uczniowskie chórki, w bogatych firmach chórki wynajęte. W Polsce dawno już zaginęła tradycja wspólnych śpiewów, a repertuar pieśniowy Polaków ograniczył się do kilku standardowych utworów w rodzaju "Przepijemy naszej babci…", "Góralu, czy ci…" lub "Hej, hej, sokoły". Wyrażam nadzieję, że tych utworów jeszcze się na spotkaniach opłatkowych nie śpiewa. Chociaż, kto wie… Zdarzają się opłatki z solidną wysokoprocentowa wkładką.

A potem wszyscy rzucają się do stołów, szyneczek, śledzików , kołaczyków i na co tam jeszcze księgowość pozwoliła i już w grupkach małych zaczynają wymieniać wzajemnie „poglądy”, ploteczki, intryżeczki na temat innych, szefostwa zaś w pierwszym rzędzie, i czynią to ze szczególną zaiste ewangeliczną szczerością i zapamiętałością.

A najdłuższa kolejka życzeniodawców ustawia się do szefa lub szefowej – głównych życzeniobiorców. Dłuższą odnotowujemy jedynie w dniu Jej lub Jego imienin. Stroiki i wiechcie kwiatów wręczane władzy porażają swoją wielkością i majestatycznością. I fortunę kosztują.

Być może przygląda się temu wszystkiemu jakiś Kosmita, czego wykluczyć w żaden sposób nie sposób, jakże on w tych momentach zazdrości Ziemianom, że aż tak pięknie i z wzajemnością potrafią się kochać.

Zdarzają się wielbiciele tego rodzaju imprez, na ogół są w mniejszości, przychodzą na nie, żeby się autentycznie wzruszyć, popłakać, no bo te stroiki z palącymi się świeczkami, choinka w roli głównej, bombki, ciasta, stoły przykryte białymi wykrochmalonymi serwetami i opłatek wreszcie, "wruszeniodajność" samych formuł życzeniowych. Cierpią oni na pewien rodzaj „-filii”, zapomniałem, jak się to naukowo nazywa. Opłatkofilia?

Są tacy, i wcale zacna to grupa, którzy na "opłatek" przychodzą z potrzeby wewnętrznej i dla zewnętrznych celów (to żaden paradoks!), bo w luźniejszej, mniej formalnej atmosferze można coś ugrać dla siebie u szefa lub ważniejszego gościa, "załatwić" sprawę, przejść z kimś znaczącym "na ty", może sam szef będzie łaskaw, no a w końcu trzeba się pokazać, uobecnić swoją cielesną aparycją w kusym garniturku i niedopasowanych skarpetkach własną lojalność wobec Instytucji, czyli Władzy. Ci, na ogół mierni, ale bardzo, bardzo wierni, lubią zresztą bankietowe uciechy, lubią Festiwale Powszechnej Narodowej Hipokryzji.

Są tacy, którzy uczestniczą, bo dławi ich lęk jakiś dziwny: nie przyjdę, to może szef mi się kiedyś „zrewanżuje”, pozbawi awansu, naganę wpisze albo zwolni dyscyplinarnie – wypadnę z łaski jak ten tam ten, co we śnie wypadł z łaski cara i nieszczególnie się w nowej sytuacji poczuł. A szef zawsze ma rację (patrz punkt 1 albo 2) i uzasadni karę tym, że pan, kolego, zlekceważył interesy wspólnoty, firmy, że pan jest indywidualistą i sobie bimba, a my tu takich nie potrzebujemy, my się musimy integrować w interesie. Więc lepiej przyjdę – mówi ten tam ten – i bądźmy człowiekiem, nie potępiajmy go za to. Dzisiaj o pracę coraz trudniej.

Są tacy, którzy autentycznie i żarliwie wierzą, ale w spędach, w których dokonuje się profanacji sacrum, uczestniczyć nie chcą (chociażby ze względu na te walające się wszędzie po podłogach, rozdeptywane resztki bożego chlebka…). Źle się czują w tych miejscach z wielu innych powodów.

Jest jeszcze jedna grupa. Jej przedstawiciele nie wiedzą, co ze sobą zrobić w takich sytuacjach. Mam na uwadze przedstawicieli innych religii, agnostyków i ateistów.

Bo te wspólne dzielenie się opłatkiem w instytucjach, szkołach, korporacjach, urzędach, a więc miejscach ex definitione świeckich, ma jedną niezbywalną cechę wspólną, bez względu na rodzaj instytucji: są niby dobrowolne, ale bardziej jednak przymusowe, obowiązkowe. Jeśli nie książka zarządzeń podsuwana do podpisu przez szefa pracownikom, to w najlepszym razie działa tu pewien rodzaj przymusu nieformalnego, presja grupy, presja indywidualnych, subiektywnych obaw i lęków.

Zdarza się nierzadko, że szef przekonuje zespół, że wypada być na spotkaniu ze względu na szacunek dla gości, zwłaszcza tych w sutannach, że nie jest to uroczystość religijna, że taka jest „nasza” tradycja etc. Guzik prawda. Bo nie słyszałem i nie zauważyłem dotąd takiego spotkania opłatkowego z udziałem duchownego niższej lub wyższej kategorii, na którym nieobecne byłyby jakieś słowa, gesty i formy typowe dla kultu religijnego (w naszym kraju wiadomo, że „jedynie słusznego”), a jeśli tak jest, to miejscem właściwym na ich celebrowanie jest w moim mniemaniu świątynia lub ewentualnie kaplica w szpitalu albo pałacu prezydenckim.

Po drugie, być może taka jest tradycja większości, ale niekoniecznie moja, jego czy twoja.
Ergo, odnoszę wrażenie, że niby niewinne spotkania w celu podzielenia się opłatkiem są zamachem na pewne konstytucyjne prawa obywateli, zwłaszcza prawa do własnego światopoglądu i związanych z tym światopoglądem konsekwencji. Są – nie będzie to nadużyciem słowa – zamachem na wolność jednostki.

Spotkałem wielu ludzi dorosłych, którzy bardzo takie sytuacje nieznośnego dysonansu poznawczego przeżywali. Rozumiem ich doskonale. Spróbujmy zatem zrozumieć m ł o d e g o człowieka, ucznia technikum, gimnazjum lub liceum, świadka Jehowy, buddystę lub żyda, który z całą klasą musi obowiązkowo uczestniczyć w uroczystości dzielenia się opłatkiem. Albo drugoklasistkę z podstawówki, która uczęszcza na lekcje etyki, a nie religii…

O ateistach i agnostykach nie wspominam, bo w tym kraju ateista jest synonimem Szatana wcielonego, a agnostyk – w potocznym rozumieniu – synonimem ateisty.

Martwi mnie jeszcze jedna rzecz, która nie mnie akurat martwić powinna. Kwestia bytu i losu samego opłatka na tych opłatkowych spotkaniach. Przecież opłatek to – w założeniu – główny bohater tych imprez.
Nazwa opłatek ma rodowód w łacińskim słowie „oblatum”, co oznacza „dar ofiarny”. Dzielenie się opłatkiem jest tradycją chrześcijańską sięgającą czasu powstania pierwszych wspólnot chrześcijańskich. Niegdyś, jeszcze w średniowieczu, wyrobem opłatków, mającym wszelkie formy rytu (włącznie z towarzyszącymi tej czynności śpiewami) zajmowali się zakonnicy. Dzielenie się opłatkiem było znakiem jedności wspólnoty, współbycia w Chrystusie, bo oznaczało (i oznacza) powtórzenie gestu Chrystusowego, którym Ten obdarował ludzi chlebem życia. O znaczeniu gestu dzielenia się opłatkiem jako znaku jedności mówi bogata (historycznie) symbolika opłatkowa. Opłatek jest ściśle spokrewniony z Hostią i kolędowaniem. Także i pieśń tradycyjna zwana kolędą jest w istocie swojej znakiem jedności wspólnoty, który ludzie sobie przekazują.

Pytanie zatem o byt i funkcję opłatka na tak modnych dzisiaj imprezach opłatkowych jest pytaniem jak najbardziej zasadnym. Czy te spotkania, spędy umożliwiają ich uczestnikom autentyczny kontakt z sacrum, odczucie numinosum? Czy ludzie zgromadzeni na nich przeżywają w sposób autentyczny to właśnie uczucie, którego podstawami psychologicznymi (i psychicznymi) są misterium tremens i jednoczesne misterium fascinans?

Obawiam się, że owe imprezy są nade wszystko – może nieświadomą, ale jednak – karykaturą, parodią form stricte religijnych.

O jakich zresztą „wspólnotach” na tych opłatkowych kateringach mowa?

Korporacje, czyli „wspólnoty” zawiązujące się wokół nadrzędnej zasady wyścigu szczurów? Urzędy, które na co dzień są siedliskiem cnót wszelkich, ale nie ewangelicznych? Instytucje polityczne, od Sejmu poczynając i środowiska polityczne? Oj, ci to dopiero opłatkują, kolędują, niosą słowo Boże! Jak zaczną w grudniu, to i do marca nie skończą, tak się miłują. Najwidoczniej te opłatkowe spotkania dają im potężnego kopa i mogą – z zapasem adrenaliny – ruszyć do kolejnej fazy wojny polsko-polskiej i nieść słowo nienawiści i pogardy dla przeciwnika politycznego. Szkoły? Uniwersytety? Nie znam (niestety) bardziej sfrustrowanych, ześwirowanych i zantagonizowanych wzajemną zawiścią „wspólnot”… Może więc w końcu środowiska kościelne, duchowni? No cóż, w tym wypadku niech komentarzem będzie niedawny list ojca Ludwika Wiśniewskiego.

Właściwym miejscem dla podzielenia się opłatkiem jest zatem kościół, świątynia. Jedynym z dopuszczalnych (poza np. szpitalami, domami opieki społecznej) wyjątków jest świątynia rodzinna – Dom. Jest Poeta, który w sposób nadzwyczajny pokazał, że zacisze domowe może być miejscem autentycznego przeżycia numinosum. Adam Mickiewicz w „Rozmowie wieczornej”. Dla wielu współczesnych Polaków ten poeta to przede wszystkim Żyd.

***

Znałem człowieka, który tak bardzo psychicznie nie mógł się uporać z balastem dysonansu poznawczego w trakcie obowiązkowych spotkań opłatkowych, że wymyślił sobie, iż na spotkania te będzie przynosił aparat fotograficzny. I tak zrobił, aparat w ręku lub przy oku dawał mu w tych przykrych dla niego momentach pewne poczucie wolności, niezależności. Robił zdjęcia udane całkiem i czuł się lepiej, bo bardziej nie był (jako fotograf) niż był uczestnikiem duchowych ablucji. A nie był ten człowiek ani żydem, ani buddystą, ani nawet świadkiem Jehowy czy scjentystą.

Tępy jednakowoż był trochę na umyśle, bo dopiero po kilkunastu latach i kilkunastu opłatkowych wizytach biskupich odkrył, że jako stosunkowo młody ojciec dzieciom ma prawo do dnia wolnego na dziecię jedno lub drugie. I przez lat parę z prawa onego korzystał uczciwie w dni opłatkowe.

Aż przyszedł taki miesiąc grudzień, kiedy Władza Jego Najwyższa i Najbliższa zabroniła temu człowiekowi i jego współkolegom, a uczyniła to specjalnym zarządzeniem, opuszczać w dniu tym, dniu opłatkowego spotkania wigilijnego, pracę, bo z prawa do dnia wolnego na dziecko cała ludzi gromada tak jakoś chyłkiem korzystać zaczęła. I człowiek nasz zachorował strasznie, ale zyskał spokój na duszy i mimo wszystko na ciele.

Że jednak w snach jego nachodziły go ciągle i nieustannie straszne wizje przeszłości, zawziął się był okrutnie i umarł ostatecznie.

I odtąd ma spokój absolutny od pożal się Boże „opłatków”. I seansów zbiorowej hipokryzji.

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Do opłatka wystąp! Bieeeegiem marsz! (wersja niepełna)

  1. 16Siko15rek pisze:

    Dziękuję i również serdecznie pozdrawiam z nadzieją, że będzie lepszy ten przyszły rok.

    Polubienie

  2. anonymous pisze:

    Kadewu writes:Jakże prawdziwy tekst; ta nowa nieświecka tradycja zatacza coraz szersze kręgi, a właściwie wyznacza już normę… Ze mną się nie podzielisz? Właśnie minęło 20 lat od wprowadzenia religii do szkół… Pozdrowienia w nowym, oby lepszym roku

    Polubienie

  3. 16Siko15rek pisze:

    Dziękuję. I Tobie, Krzysiu, życzę spokojnych Świąt i wszelkiej pomyślności w 2011 roku, pozdrawiam serdecznie. M.W.

    Polubienie

  4. krzysztof-laskowski pisze:

    Wbił Pan kilka szpilek, Profesorze. To lubię. Życzę wesołych świąt i wszelkiej pomyślności w nowym roku. Zdrowia jak najwięcej.

    Polubienie

  5. 16Siko15rek pisze:

    Droga Justyno, ciesze sie, że dałas znak zycia. Mam nadzieje, ze dobrze Ci sie wiedzie w Stanach – w sporcie, na studiach i w zyciu osobistym. Kiedy bedziesz w Polsce? Bloga zaczalem pisac niedawno. Jestem ciagle poza szkola i nieco inaczej uklada mi sie zycie. Moze wroce do pracy we wrzesniu 2011 roku. Zycze Ci milych, zdrowych Swiat i wszystkiego najlepszego w 2011 roku, pozdrawiam serdecznie. Tak jak piszac do mojej siostry, nie uzywam w tym momencie polskich znakow, moze latwiej bedzie Ci to odczytac. M.W.

    Polubienie

  6. anonymous pisze:

    justyna brewczyk writes:gdyby tylko Pan Profesor prowadzil bloga, kiedy jeszcze w liceum bylam. Bylby przynajmniej jakis wzor przepieknej, czystej polszczyzny, w formie zabawnej, gdzie trzeba sarkastycznej, ktora milo sie czyta. Az przypominaja sie wiligie z Biskupem, lezka sie w oku kreci.U mnie – wzorowy.(niestety nie posiadam polskich znakow na tym amerykanskim komputerze, boje sie wrecz kalac Panski wpis, mam nadzieje, ze Pan wybaczy).

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s