Babcia

– Pani wie, co mi się przydarzyło? – przystanąłem, kiedy mijaliśmy się na ulicy, i zagabnąłem babcię, co szła z naprzeciwka w założonym na siwiutką głowę moherowym bereciku z figlarnie sterczącą antenką. Głowa babci przypominała główki ptasie, a najbardziej perkozy.
Popatrzyła na mnie z niejakim zainteresowaniem.
Był późnojesienny dzień, nie za zimno, nie za ciepło. Z drzew sypały się kolorowe, pomarszczone od wahań temperatury liście. Właśnie wracałem z targu, gdzie nabyłem paczkę routów i trochę ostatnich tego roku świeżych grzybów. Babcia ubrana była w kusy, wytarty płaszczyk, kupiony z pół wieku temu w okresie babcinej prosperity, z wyliniałym od starości rudym liskiem (tfu) na kołnierzu; widomy znak, że zbliża się Święto Zmarłych. Panie odwiecznym zwyczajem wkładały w tych dniach pachnące naftaliną i starością norki, nutrie, lisy czy co tam jeszcze w szafach trzymały.
W najbliższej okolicy staruszka miała opinię jędzy, nie znosiła dzieci, a dzieci jej się bały, wobec starszych przyjmowała postawę wyczekiwania lub ostrożnej nieufności. Nieprzystępna, mrukliwa, chodziła własnymi ścieżkami. Jak na swój wiek, była skądinąd całkiem ruchliwa i można powiedzieć, prowadziła aktywny tryb życia. Nikt z sąsiadów nie wiedział, ile tak naprawdę ma lat, niektórzy mówili, że zbliżała się do dziewięćdziesiątki.
Babcia ni to zachęcająco, lecz jakby groźnie łypnęła na mnie jednym okiem, bo drugie straciła w ostatniej krucjacie krzyżowej na Krakowskim Przedmieściu.
Opowiadano, że wybrała się tam specjalnie wynajętym przez organizatora akcji autokarem, przez całą drogę zawodziła wraz z towarzyszami ekskursji „Boże, coś Polskę”, „Barkę” i inne powszechnie znane pieśni patriotyczno-religijne. Uniesieni duchowo pasażerowie dwukrotnie zażądali od kierowcy zatrzymania autobusu na krótkie „panowie na prawo, panie na lewo”. Babcia, jako jedyna spośród 44 uczestników krucjaty, nie wysiadła ani razu, dając dowód nielichej siły woli, nie mówiąc o duchu. Tak czy inaczej autokar dotarł do stolicy cały i w niezłym stanie. Kierowca, któremu trafiła się w końcu niezła fucha, z ulgą pożegnał babcię i pozostałych krzyżowników na Nowym Świecie. Nie dosyć że pielgrzymi nie pozwolili delektować mu się w czasie jazdy piosenkami Dody z autokarowych głośników, to w dodatku jednostronny repertuar podróżników działał na niego wyraźnie usypiająco. Z pewnym takim niepokojem myślał o powrocie.
Znaliśmy się z babcią od lat, kobiecinka dorabiała do cieniutkiej renty, sprzedając na targowisku miejskim bagno na mole. Stareńka, ale cwana była, udawała, że nie wie, co to zielsko chronione, pomrukując przez pół dnia „Bagno na mole, bagno na mole, bagno na mole”. Niektórzy, ci bardziej tradycyjni, nawet kupowali.
Ja od czterdziestu lat pracowałem jako woźny szkolny, miałem niby małą maturę i spore kiedyś ambicje, jakoś nie wyszło, eh, samo życie. Mówią, że ta dzisiejsza młodzież, ale polubiłem swoją pracę. Powiem, że wiele się nauczyłem, nawet sporo trudnych słów zapamiętałem, uczniowie i nauczyciele przychodzili do mnie z różnymi sprawami, nie tylko po kredę. O życiu się pogadało, czasem tak zwyczajnie, o du… Maryni, a co się nawidziałem, to moje. No i zarobiłem więcej niż niejeden belfer, bo w szkole robiłem też za złotą rączkę, a to kontakty naprawiłem, a to wybitą przez piłkę szybę, a to cieknący kaloryfer, a to znów autko dyrektorki, ale na młodych nie narzekam, nie, wcale nie.
– No to opowiem, już opowiadam pani.
– A mów pan, byle szybko, bo sunię muszę nakarmić, głodna od przedwczoraj – przemówiła szorstkim, a zarazem troskliwym głosem.
Domyśliłem się, że bardziej troskliwy timbre jej głosu przeznaczony był wyłącznie dla wypowiedzi o najukochańszej suni. O dziwo, babcia miała dzisiaj wyjątkowo niezły humor, właśnie przed chwilą wrzuciła do przepastnej skarbony znanego z radia i ze smykałki do podejrzanych interesów Ojca ostatnie 15 złotych z nędznej renty. Robiła tak co miesiąc, wierząc głęboko, że tym wdowim groszem zapewni sobie zbawienie wieczne. Bądźmy jednak miłosierni i pozwólmy ludziom wierzyć w to, w co chcą wierzyć.

Całość tekstu na stronie:

http://pl.scribd.com/doc/45551188/Babcia

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s